„La La Land”, czyli: co zrobisz, żeby spełnić swoje marzenie?

la_la_land

La La Land swoją premierę w polskich kinach miało 20-go stycznia. 23-go stycznia byłam na nim w kinie. Dlaczego piszę recenzję tak późno? Bo byłam, i nadal jestem, zła na jego twórców, krytyków filmowych i wszystkich tych, którzy obiecali mi niesamowity musical, taki jak za dawnych lat. Zdecydowanie nie to zobaczyłam w kinie.

Na wstępie mogę przyznać jedno: La La Land, w przeciwieństwie do produkcji jemu podobnych powstałych w ostatnim czasie, od samego początku nie krył, że będzie musicalem. Scena otwierająca film postawiła zaś przysłowiową kropkę nad „i”. A zatem, kochani widzowie, bawmy się, tańczmy, śpiewajmy i wzruszajmy wraz z naszymi bohaterami: Sebastianem i Mią. Oto przed Wami musical, który przypomni Wam o co w tym gatunku chodzi! Czy aby jednak na pewno…?

Historia La La Land rozgrywa się w Los Angeles – mieście, do którego z całych Stanów  (i nie tylko) przybywają młodzi ludzie, którzy chcą spełnić swoje marzenia, odnieść sukces i wspiąć się na sam szczyt swojej kariery (tak swoją drogą „La-la-land” to jedno z przezwisk Los Angeles). Dokładnie to pragnienie wyraża piosenka otwierająca film, Another Day of Sun, a przywołująca mi na myśl musical Fame z 1980 roku, stylizacją jednak odwołująca się bardziej do złotej ery musicalu (szczególnie, że cała scena nakręcona była za pomocą jednego ujęcia tak, ja to robiono przed laty, i faktycznie robi to na widzu wrażenie).

Pod koniec tej pierwszej sceny następuje pierwsze zetknięcie się ze sobą Mii (Emma Stone) i Sebastiana (Ryan Gosling): obydwoje stoją w korku na autostradzie, tyle że w momencie, gdy auta zaczynają ruszać, Mia – starająca się wykorzystać każdą wolną chwilę na przygotowanie się do udziału w kolejnym castingu – nie orientuje się w sytuacji i nadal stoi. Sebastian ją wymija, dając jej jasno do zrozumienia co o tym sądzi. Następnie podążamy za Mią… Od razu w tym miejscu przyznaję, że lubię zabieg, w jaki poznajemy głównych bohaterów. Widzimy ten sam dzień, dokładnie od tego momentu (ich pierwszego „spotkania”) najpierw z perspektywy Mii, a następnie Sebastiana. Niestety, bardzo słabym punktem tej części filmu jest wprowadzenie bohaterów, którzy już nigdy później na ekranie się nie pojawią, jak przyjaciółki Mii (ok, pojawią się na sekundę (!) w scenie pisania sztuki przez Mię oraz po jej premierze) czy siostra Sebastiana. Postacie te zjawiają się jedynie na potrzeby dwóch scen: siostra – by przybliżyć nam sylwetkę Sebastiana, przyjaciółki – by mógł zaistnieć kolejny numer muzyczny Someone in the Crowd. Szczerze? Kiepski zabieg.

Po części zapoznawczej pomiędzy Mią a Sebastianem następuje etap w stylu „ząb za ząb”, by  płynnie przejść do kolejnego rozdziału: „kto się czubi, ten się lubi”. I wydaje się, że bajka gotowa, szczególnie że w filmie następują kolejne numery muzyczne nawiązujące do klasyki: A Lovely Night czy Planetarium.

W połowie filmu nieoczekiwanie następuje ostre cięcie w wątku pt. „My”. Związek Mii i Sebastiana powoli zaczyna się rozpadać. Obydwoje, dążąc osobno do sukcesu, zaczynają rozmijać się w codziennym życiu. Żadne z nich nie jest oparciem dla drugiej strony. Kulminacja następuje, gdy Sebastian zamiast premiery monodramu Mii wybiera sesję zdjęciową zespołu, w którym gra. Ostatecznie jednak to właśnie zerwanie pozwala im ponownie odżyć i podążyć z nową energią za, wydawałoby się już utraconymi, marzeniami. Nie ma tu dramatu. Jest podjęcie w pełni racjonalnej decyzji: każde z nas musi skupić się na sobie i swoim celu, a dalej to już się zobaczy.

Film kończy ponowne spotkanie Mii i Sebastiana po pięciu latach od rozstania. I tu muszę przyznać, że ostatnia scena ukazująca „co by było, gdyby…” wgniotła mnie w fotel. Jest świetna! Niestety, te ostatnie 7-8 minut nie wystarczyły, by La La Land Damiena Chazella oczarował mnie i bym mogła uznać je za arcydzieło.

W moim odczuciu, pomimo (a może właśnie dlatego…?) że uwielbiam musicale i jest to mój ukochany gatunek filmowy, La La Land okazał się przeciętnym filmem z paroma  dobrymi scenami. Jeżeli bowiem zastanowimy się choć trochę, to czy ten obraz jest faktycznie kamieniem milowym w gatunku? Czy też po prostu miał szczęście i trafił na właściwy sobie czas? Niezależnie od mojej subiektywnej oceny La La Land już zapisało się w historii kinematografii zdobywając rekordową liczbę nagród i nominacji: 7 Złotych Globów (wcześniej rekord należał do Lotu nad kukułczym gniazdem oraz Midnight Express, które zdobyły po 6 statuetek) oraz 14 nominacji do Oscara (do tej pory tyle nominacji zdobyły tylko dwa tytuły: Titanic oraz Wszystko o Ewie; tegoroczna gala rozdania nagród już za chwilę: w nocy z 26 na 27 lutego naszego czasu).

la_la_land1

O co zatem chodzi w moim oburzeniu z pierwszego akapitu? Otóż Chazelle, owszem, pod paroma względami zrealizował klasyczny musical, ale pod innymi zupełnie zerwał z jego założeniami. Po pierwsze, do połowy filmu wszystko idzie zgodnie z zasadami gatunku: sceny muzyczne „wyrastają” nagle, a chłopak zdobywa dziewczynę. Jednak w drugiej połowie numery muzyczne dzieją się już na scenie przed publicznością i mają pełne uzasadnienie fabularne, co bardziej przypomina już film muzyczny, a nie musical. Po drugie: zakończenie. Ostatecznie nasz bohater nie zdobywa dziewczyny, ale wiemy, że narodziła się nowa gwiazda kina (w myśl „a star is born”), a sukces został osiągnięty zarówno przez Mię, jak i Sebastiana. A zatem ostatecznie otrzymujemy film o współczesnych ludziach żyjących w mieście snów, marzeń dążących do ich spełnienia z domieszką nostalgii za czymś, co już minęło i nie wróci. Może to w tym tkwi siła tego obrazu…? Jednak zabrakło mi w tym wszystkim jakiejś głębi i prawdziwych uczuć między bohaterami. Ostatecznie miałam wrażenie, że wszystko jest tu dokładnie przemyślane, zaplanowane i tak bardzo racjonalne. A czy tak faktycznie postępują prawdziwi marzyciele…?

I na zakończenie apel: oglądając La La Land pamiętajcie, że tak naprawdę już od 45 lat musical pokazuje widzom, że może opowiadać o poważnych sprawach i nie musi kończyć się happy endem.  Nie zapominajcie o Kabarecie Boba Fossa, New York, New York Martina Scorsese, Hair Miloša Formana, Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera, Moulin Rouge Baza Luhrmana czy nawet naszych polskich, aktualnie całkiem świetnie sobie poczynających w Stanach Córkach dancingu Agnieszki Smoczyńskiej. Żeby mógł powstać La La Land wpierw Damiene Chazelle musiał zapoznać się z całym dorobkiem musicalu, co niewątpliwie uczynił, w przeciwieństwie do wielu krytyków tak bezkrytycznie chwalących jego produkcję.

Ocena: 3,5/5

PS. Jeżeli chcecie zobaczyć czy udało Wam się wychwycić wszystkie odniesienia do innych musicali, które pojawiają się w La La Land, to zobaczcie poniższe zestawienie:

Reklamy

Oslo – co warto zobaczyć w centrum?

Na końcówkę maja wypadł kolejny długi weekend (Boże Ciało), a nam udało się ten czas wykorzystać na krótki urlop. Spędziliśmy 5 dni w Oslo – stolicy Norwegii – i sądzę, że był to bardzo dobry wybór. Pogoda nam dopisała, padało stosunkowo mało, choć rozpiętość temperatury była spora: wahała się od 14 do 23 ºC w ciągu dnia. Przez parę najbliższych wpisów sami się przekonacie jak wiele udało nam się zobaczyć!

Dzień 1. Zwiedzanie centrum Oslo

Z naszego mieszkania postanowiliśmy przejść się do centrum na piechotę. Odległość była w sam raz  do pokonania: 3 km. Pierwsza część drogi prowadziła nas przez park, a druga szła  już przy główniejszych ulicach. Dzięki temu spacerowi natknęliśmy się na ruiny pierwszej katedry powstałej w Oslo, z której niewiele już jednak pozostało. Następnie doszliśmy do bardzo nowoczesnej zabudowy o wdzięcznej nazwie Barcode buildings (barcode – kod kreskowy). Muszę Wam powiedzieć, że chyba po raz pierwszy zobaczyłam współczesne budynki, które naprawdę zachwyciły mnie swoją formą! Każdy z nich jest unikalny, każdy przyciąga uwagę czymś innym. Od razu pomyślałam, że każdy polski student architektury powinien być obligatoryjnie wysyłany do Oslo, żeby zobaczyć, jak pięknie mogą wyglądać nowe budynki. Może to by powstrzymało te wszystkie koszmarki, które powstają u nas w kraju…

Następnie nasze kroki skierowaliśmy na królewski trakt, czyli Karl Johans gate. Jest to najbardziej reprezentacyjna ulica Oslo, zbudowana w 1814 roku na rozkaz szwedzkiego regenta Karola XIV Jana, łącząca w prostej linii Dworzec Główny z zamkiem.

Zaraz przy dworcu zapoznaliśmy się z tygrysem. 🙂

IMG_0007

Potem poszliśmy zobaczyć Oslo Domkirke, czyli aktualną katedrę uroczyście otwartą w 1697 roku. Niestety, tego dnia nie udało nam się zajrzeć do środka, gdyż akurat odbywało się mycie okien i kościół, wyjątkowo, był otwierany dla zwiedzających dopiero po południu. Niemniej uwieńczyliśmy na zdjęciach tykający od 1718 roku zegar (notabene, najstarszy działający zegar w Norwegii) oraz ukwiecony, niestety komercyjnie, plac naprzeciwko katedry wraz z pomnikiem Christiana IV.

Po drodze minęliśmy jeszcze Grand Hotel, neogotycki Storting (budynek parlamentu norweskiego), zajrzeliśmy również do sklepu z czekoladą Freia, gdzie zakupiliśmy coś na przegryzkę (polecam Wam gorąco ich mleczną czekoladę!). Przeszliśmy parkiem Eidsvoll, parkiem Studenterlunden, minęliśmy Teatr Narodowy oraz klasycystyczny budynek uniwersytetu. Całą drogę pieliśmy się lekko w górę w kierunku zamku.

Pałac Królewski  (Kongelige slott) – oficjalna siedziba norweskich monarchów – został wzniesiony w 1848 roku w klasycystycznym stylu. Otacza go piękny pałacowy park (Slottsparken), który w całości jest otwarty dla zwiedzających. Warto zrobić sobie w nim chwilę przerwy dla odetchnięcia. Niestety, nie udało nam się zobaczyć uroczystej zmiany warty, ale straż królewska była oczywiście na miejscu (także w wydaniu płci pięknej 🙂 ).

Po chwilowym odpoczynku ruszyliśmy w kierunku ratusza oraz dzielnicy Aker Brygge, które już znajdują się bezpośrednio nad zatoką Oslofjorden.

Wnętrze miejskiego ratusza (Rådhuset) jest udostępnione dla zwiedzających. Niestety, my dotarliśmy tam dosłownie pięć minut przed zamknięciem. Zdążyliśmy zerknąć jedynie na salę główną (The Great Hall), w której co roku jest wręczana Pokojowa Nagroda Nobla. Pięć minut to jednak za mało na to, by ocenić czy warto Wam polecić wejście do środka. Podejrzewam, że jeżeli sami wrócimy do Oslo, to wybierzemy się tam jeszcze raz. Sam budynek ratusza był budowany przez 35 lat (plany zostały zaprezentowane w roku 1915, zaś otwarcie jego podwoi nastąpiło dopiero w 1950 roku), jest dość masywny i widoczny z wielu miejsc w centrum. Moim skromnym zdaniem pasuje do otoczenia oraz swojego położenia (pomiędzy twierdzą a budynkami dawnej stoczni).

IMG_0018

Dzielnica Aker Brygge, dawne tereny stoczni, należąca kiedyś  raczej do biedoty i robotników, jest aktualnie najmodniejszym punktem w mieście, w którym się „bywa”. To właśnie tu znajdziecie najmodniejsze (i najdroższe…) knajpy w mieście! Ponadto same budynki zostały przeistoczone w niezwykłe centrum mieszkaniowe i handlowe i szczerze mogę powiedzieć: tym którzy tam mieszkają można śmiało pozazdrościć. Oslo tutaj znów pokazało, że stoi świetną architekturą – tym razem jeżeli chodzi o adaptację starych, poprzemysłowych budynków i przeistoczenie ich w nowoczesne perły architektoniczne.

Przedostatnim punktem naszego pierwszego dnia była twierdza Akershus. Na początku mieliśmy problem z wejściem, gdyż tego dnia rozpoczynał się Oslo Middle Ages Festival i trwały właśnie ostatnie przygotowania (poza tym samo wejście na festiwal było płatne). Jednakże przekazano nam, że możemy wejść na część twierdzy z boku (od strony restauracji). Tak też uczyniliśmy. Na terenie twierdzy nikt nas już nie zatrzymywał i udało nam się obejść większą część jej terenu. Jeszcze kiedyś musimy tam wrócić, by zobaczyć wnętrze twierdzy i bardziej zapoznać się z jej 800-letnią historią. Tymczasem skończyło się głównie na podziwianiu jej murów oraz widoków z wysokości jej wałów.

Z ciekawostek: twierdza, od momentu powstania w 1304 roku, była celem ataków dziewięć razy, ale nigdy nie została zdobyta.

Ostatnim przystankiem naszego dnia w centrum był budynek Opery, na który można się wspiąć po jego dachu, a raczej spokojnie wejść, by następnie podziwiać widoki. Niestety, my tam za długo już nie pobyliśmy, gdyż na wieczór zerwał się mało przyjemny chłodny wiatr. Choć trzeba przyznać, że nie wszystkim to przeszkadzało, i w jednym z najbardziej osłoniętych narożników budowli trwały w najlepsze zajęcia z jogi.

Swoją drogą, budynek Opery stoi dokładnie naprzeciwko Barcode buildings, również należąc do tych nowoczesnych budowli, które zapamiętuje się na dłużej. Wcale nie dziwią zdobyte przez niego najważniejsze nagrody w dziedzinie architektury.

I tego dnia nasze zwiedzanie dobiegło końca. Udało nam się zrobić swego rodzaju koło wokół najważniejszych punktów w centrum Oslo. Z naszą trasą (mniej więcej) możecie zapoznać się tutaj.

#5 Filmowy tydzień: „Mustang”; „Wydział 13”; „Pokój”; „Gang Wiewióra”

Ostatnio był u mnie sezon na różnorodność oraz, w przewadze, na kino raczej trudne, a także z różnych zakątków świata. Udało mi się przy tym obejrzeć dwa filmy, o których jeszcze całkiem niedawno było głośno za sprawą podejmowanych tematów oraz nagród przez nie zdobytych. Mowa o turecko-francuskim Mustangu oraz koprodukcji irlandzko-kanadyjskiej jaką jest film Pokój.

Mustang

Mustang

Mustang jest filmem o utraconej wolności: opowiada historię pięciu sióstr, które wskutek jednej  niewinnej (jak się okazuje – jedynie ich zdaniem) zabawy nad morzem wywołują lokalny skandal, a one same przeobrażają się nagle z dziewczynek w panny na wydaniu. W ich życie wkracza gwałtownie turecka tradycja i konserwatywne zasady, a znikają dostępne do tej pory przedmioty „niebezpiecznego” świata zachodu: komputery, komórki, dżinsy, t-shirty. W ich zastępstwie pojawiają się bure sukienki, a dom zapełnia się domowymi gospodyniami udzielającymi siostrom lekcji gotowania. Osaczone dziewczyny starają się na różne sposoby odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Obraz widziany przez nas na ekranie oscyluje między szarością a pastelami, zaś opowiadana historia między niewinnością a grzechem. Mustang zadaje przy tym wszystkim wiele pytań, ale daje mało odpowiedzi. Można przypuszczać, że właśnie to jest siłą tego filmu: skłania nas do refleksji nad współczesną Turcją, która jest pełna skrajności, a także do pytania, czy przedstawiona fabuła miałaby szansę potoczyć się inaczej, gdyby rodzice sióstr żyli oraz czy gdzieś istnieje szczęśliwe zakończenie dla którejkolwiek z przedstawionych bohaterek?

Film mnie zachwycił przede wszystkim zdjęciami. Pastelowe chwile radości złapane przez oko kamery w promieniach słońca… Przez moment i mi się zdawało, że czuję je na swojej skórze i jestem tam obok, a nie w ciemnej sali kinowej. Chwilę potem, w kontraście, widzimy ciemne pokoje, kraty w oknach i ciągle wzrastający mur. To robiło wrażenie i wywoływało emocje.

Niestety, fabularnie jest średnio. W Mustangu jest za dużo stereotypów oraz przewidywalności. Razi również tak wyraźne nawiązanie do Przekleństw niewinności  Sofii Coppoli (pięć sióstr złapanych w pułapkę rodzinnych tradycji) i choć historia toczy się zupełnie inaczej i jest pokazywana z innej perspektywy, to pozostaje pytanie: czy naprawdę nie można było obejść się bez tak wyraźnie podobnego zaczepienia fabuły, które samoistnie nasuwa porównywanie obu filmów?

Nie ulega wątpliwości, że Mustang jest filmem, który pomaga podjąć dyskusję o roli kobiety w Turcji: kraju, który z jednej strony stara się pokazać swoją europejskość i dążenie do zachodnich standardów, a z drugiej strony silnie rządzi nim tradycja, a małżeństwa zawierane przez nieletnie nadal stanowią 1/3 wszystkich zawieranych w tym kraju małżeństw. Niestety, w moim odczuciu Mustang jest jedynie dłuższą kampanią społeczną przeciwko takim małżeństwom (aranżowanym oraz zawieranym przez nieletnie), która ma uświadomić ten problem w krajach zachodnich. Obraz ratują jedynie zdjęcia pozwalając mu być czymś więcej.

Ocena:3/5

Wydział 13

Wydzial_13

Francuski film noir osadzony w paryskiej rzeczywistości, którą rządzą korupcja i przemoc. Obraz brutalny od samego początku. Głównym bohaterem jest policjant Mat (w tej roli Gérard Depardieu), który walczy z przestępczością za pomocą swoich (zwykle, oczywiście, kontrowersyjnych) metod. I choć Mat nie jest prywatnym detektywem, to nadal wokół niego kręci się wiele kobiet, które przyciąga swoją  prezencją i tajemniczością, a ulice miasta ukazywane są głównie nocą oraz skąpane w deszczu, dodatkowo podkreślając przygnębiającą atmosferę płynącą z ekranu.

Niestety, znając schemat filmów noir, mamy do czynienia z obrazem przewidywalnym niemal aż do bólu. Nic mnie nie zaskoczyło, a  klimat filmu, który był ciężki, zawiesisty i gęsty jak smoła – nużył. Trudno było dotrwać do końca.

Po Wydział 13 możecie sięgnąć jeżeli koniecznie chcecie zobaczyć, jak współczesne kino francuskie (nie)poradziło sobie z gatunkiem oraz jak wypadł Gerard Depardieu w roli twardziela.

Ocena:2,5/5

Pokój

Pokoj

Reżyser Lenny Abrahamson znów w formie, choć w diametralnie innej stylistyce niż w swoim ostatnim filmie – Franku. Pokój przedstawia historię pięcioletniego chłopca, który wraz z mamą żyje w miejscu zwanym przez nich Pokojem. Jack nawet nie ma pojęcia o tym, że poza Pokojem istnieje prawdziwy świat… Mamy tu do czynienia z przejmującym dramatem pokazanym widzowi oczami dziecka. Film wzbudza wiele emocji: ciekawość, strach, niepokój, obrzydzenie, nadzieję, bunt, smutek, złość, radość. Niejednokrotnie mieszają się one ze sobą.

Pokój to przerażająca, ale dobrze napisana historia (co nie dziwi, kiedy zobaczymy, że za scenariuszem stoi Emma Donoghue – uznana kanadyjsko-irlandzka pisarka). Seans nie należy do lekkich i na pewno czułam się po nim zmaltretowana psychicznie, gdyż cały czas miałam świadomość, że takie historie się zdarzają i gdzieś, może nawet niedaleko mnie, istnieje taki pokój. Tym samym jest to film ważny, a do tego bardzo dobrze zrealizowany.

Ponadto film przypomina nam także to, o czym jako dorośli tak często zapominamy: dzieci rozumieją bardzo dużo z tego, co się wokół nich dzieje, a także często, poprzez swoją odkrywczość, są od nas mądrzejsze i niemal od razu orientują się w sytuacji i wiedzą, kiedy dzieje się źle. Pozwalają również spojrzeć na wiele rzeczy na nowo, jeżeli choć na chwilę się zatrzymamy i ich wysłuchamy.

Na oklaski na stojąco zasługują Jacob Tremblay, który wcielił się w pięcioletniego Jacka, a także Brie Larson grająca jego mamę (w pełni zasłużony Oscar oraz Złoty Glob za tę rolę).

Zdecydowanie polecam Wam ten film, jeżeli jeszcze nie mieliście okazji się z nim zapoznać!

Ocena: 4/5

Gang Wiewióra

Gang_Wiewiora

Gang Wiewióra to animacja, po którą sięgnęłam, by przełamać choć na chwilę sezon ciężkich i raczej przygnębiających produkcji. Miało być coś lekkiego i w miarę zabawnego.

Przygodowa bajka rozgrywa się w świecie zwierząt żyjących w parku w wielkim mieście, a jej głównym bohaterem jest Surly (animację oglądałam w oryginalnej wersji językowej). Surly jest indywidualistą, który nie chce dostosować się do reguł ustalanych przez rządzącego w parku Racoona, przez co żyje poza społecznością parku. Na pierwszy rzut oka najważniejszy dla niego jest jego własny interes, przez co posiada tylko jednego wiernego przyjaciela – szczura Buddy’ego. Tymczasem wszystkim zwierzętom parku grozi głód, a zima nadchodzi (tak, tak, dokładnie: „Winter is coming”).

Gang Wiewióra jest w gruncie rzeczy familijną produkcją, jednak jedną z wielu. Nie wyróżnia się niczym specjalnym. Nie pomagają ani odwołania do Gry o Tron czy Angielskiej roboty, ani nawet uwielbiany tak przeze mnie głos Liama Neesona wcielającego się w postać Racoona. A jeżeli weźmiemy pod uwagę scenę, w której „prażone” orzeszki zamieniają się w popcorn(?!) to… jest słabo.

Czy warto zatem oglądać? Jeśli szukacie dobrej rozrywki – możecie sobie darować. Jeżeli szukacie inteligentnej animacji dla swojego dziecka – też. Obecnie można znaleźć tak duży zasób ciekawych, zabawnych i błyskotliwych animacji, że na Gang Wiewióra raczej szkoda tracić czas.

Ocena: 1,5/5

Polskie tęsknoty za wielkim musicalem

WszystkoGra

Jako wielbicielka musicali nie mogłam przegapić przedpremierowego pokazu #WszystkoGra z udziałem jego reżyserki Agnieszki Glińskiej, aktorów: Sebastiana Fabijańskiego i debiutującego na dużym ekranie Bartosza Żuchowskiego oraz Agustina Egurrolli – twórcy choreografii. Pokaz został zorganizowany w Multikinie Malta w Galerii Malta w Poznaniu.

Przed filmem zaprezentowały się tancerki z Egurrola Fitness Club, a na film zaprosili nas trener personalny (??) z tegoż klubu oraz reprezentant Multikina Malta informując, że spotkanie z aktorami oraz reżyserką odbędzie się zaraz po projekcji.

Bohaterkami #WszystkoGra są trzy kobiety: babcia Zosi (Stanisława Celińska), jej córka Roma (Kinga Preis) oraz Zosia (Eliza Rycembel). Mieszkają cały czas pod jednym dachem w pięknym domu na Żoliborzu i toczą ze sobą coś na kształt międzypokoleniowej wojny. Nic dziwnego, że Zośka nie może się już doczekać swojego wyjazdu na staż w Londynie. Niestety, sprawa się komplikuje. Na przeszkodzie jej planom staje eksmisja grożąca kobietom, jako że dom rzekomo prawnie do nich nie należy.

Gdzie w tym wszystkim miejsce na muzykę? Okazuje się, że jest go całkiem sporo. Piosenki Jonasza Kofty, Tomasza Lipińskiego, Agnieszki Osieckiej, Marka Grechuty czy Maanamu (i wielu, wielu innych) towarzyszą bohaterkom w codziennym życiu podkreślając emocje oraz zmiany w nich zachodzące. #WszystkoGra jest trochę o miłości, za którą wszyscy tęsknimy, o poszukiwaniu szczęścia poprzez wsłuchanie się w siebie, ale przede wszystkim o więzach rodzinnych i przyjaźni, które są niezmiernie ważne i należy je pielęgnować. Nie ma przy tym zbyt dużego przesłodzenia. Wszystko równoważy prawdziwy problem społeczny, który rozgrywa się aktualnie na arenie wielu miast Polski (również w Poznaniu): prywatni właściciele kamienic/gruntów oraz władze miasta sprzedają ziemię oraz lokale prywatnym inwestorom nie patrząc ani na społeczność zamieszkującą te tereny ani na realne potrzeby mieszkańców, którym naprawdę nie jest potrzebne kolejne centrum handlowe…

A zatem: czy debiutującej na dużym ekranie Agnieszce Glińskiej (uznanej reżyserce teatralnej) udało się stworzyć dobry musical? Moim zdaniem tak. Nowe aranżacje znanych piosenek są ciekawe, a niejednokrotnie bardzo dobre (co najmniej jedna jest nawet lepsza od oryginału). Za ten stan rzeczy odpowiedzialny jest młody kompozytor – Paweł Lucewicz (nie tak dawno stworzył muzykę do filmu Carte Blanche czy serialu Prokurator, a na gruncie teatralnym współpracował z takimi reżyserami jak Robert Gliński czy Jerzy Satanowski). Mogę Was tu zapewnić, że często będę wracała do ścieżki dźwiękowej z tego filmu oraz gorąco ją polecam. Co najbardziej istotne, wszyscy aktorzy zaangażowani do tej produkcji podołali głosowo, a największe brawa należą się Elizie Rycembel, po której nie spodziewałam się takiego głosu. Aktorsko też jest dobrze. Na pewno film dużo zyskał z obecności Stanisławy Celińskiej oraz Kingi Preis, które zawsze są klasą samą w sobie.

Oczywiście, nie obyło się bez potknięć. Przede wszystkim miejscami na ekranie panuje chaos. Zanim widz na dobre zorientuje się co się właśnie wydarzyło, nagle znajduje się w piosence i zastanawia się: ale jak? dlaczego? co ominąłem? Jest tego po prostu zbyt dużo. Co najmniej 3-4 utwory można było spokojnie wyciąć, gdyż nie wnosiły nic istotnego do fabuły, a generowały jedynie niepotrzebne zamieszanie (np. „Warszawa” czy „Ale wkoło jest wesoło”). Dziwi również brak piosenek powstałych po 1991 roku, mimo że obraz rozgrywa się współcześnie, a główną bohaterką jest dwudziestoparoletnia Zosia – trudno uwierzyć, by przez jej życie nie przewinęły się takie zespoły jak Hey, Wilki, Pidżama Porno czy, jeszcze bardziej aktualnie, Mela Koteluk bądź Monika Brodka. Poza tym, po projekcji, nie poczułam efektu „wow”. Film był dobry, ale nie było wielkich zaskoczeń, zabrakło mi też chociaż jednej sceny, która wbiłaby mnie w fotel, czy to za sprawą aranżacji czy choreografii.

Czy warto pójść na #WszystkoGra do kina? Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Jeżeli lubicie musicale oraz chcecie wpierać polskie kino gatunkowe, to tak. Dobrze by było, by przemysł filmowy w Polsce odebrał sygnał, że chcemy więcej takich filmów. Jednak z drugiej strony muszę z przykrością przyznać, że #WszystkoGra nie jest filmem, który dużo straci po przeniesieniu go na mały ekran. Może jedynie panoramiczne zdjęcia Warszawy na tym lekko ucierpią (za którymi stoi świetny polski operator – Paweł Edelman), bo jeżeli chodzi o choreografię to, niestety, szału nie ma.

Na spotkaniu po filmie nie pojawił się Agustin Egurrolla, a jego nieobecność nie została w żaden sposób usprawiedliwiona. Wszyscy zachowywali się tak, jakby tak właśnie miało być, tylko jeden fotel trochę raził pustką. Szkoda, gdyż wszyscy wiedzą, jak istotną rolę w musicalach odgrywa choreografia i byłoby ciekawą rzeczą usłyszeć o niej co nieco od jej twórcy. Niezapowiedzianym gościem na sali był natomiast Klaudiusz Frydrych – wiceprezes Scorpio Studio (producent filmu).

Dopiero podczas tej rozmowy, już po projekcji, dowiedziałam się, że pomysł na film wyszedł właśnie od producentów (model producencki znany nam z Hollywood), którzy po szkicowym zarysowaniu tego, co chcą osiągnąć, zaczęli kompletować zespół osób, które zrealizują ich projekt (napiszą scenariusz, wyreżyserują, wymyślą choreografię, zrobią zdjęcia, zagrają). Zebrano zatem ekipę, która podjęła się realizacji. Stąd wynika zapewne brak „dotyku” autorskiego w tym obrazie oraz włożonego weń serca. Ma się wręcz wrażenie, że wszyscy, którzy wzięli udział w urzeczywistnieniu tego pomysłu i przeniesieniu go na duży ekran, robili to z pewnym dystansem, odpowiedzialnością tylko za swoją część, przez co (paradoksalnie, patrząc na tytuł filmu) nie wszystko zgrywa się ze sobą. Jakże odmienne uczucie miałam przy Córkach dancingu! Zresztą, sama Agnieszka Smoczyńska nieraz w wywiadach potwierdzała, że film był realizowany przez niezwykle zaangażowaną grupę bliskich sobie osób.

Wracając do #WszystkoGra: jednym z zamierzeń Agnieszki Glińskiej było pokazanie poprzez film wiary, jaką pokłada w młodych i pokazanie, że młode pokolenie stać na wiele, a poważne kwestie społeczne są dla nich tak samo istotne, jak i dla ich rodziców czy dziadków. Myślę, że to znamienna myśl, zważywszy również na fakt, że film ten w głównej mierze należy do młodej aktorki – Elizy Rycembel – jednej z najlepiej zapowiadających się polskich aktorek (zaraz obok Michaliny Olszańskiej).

WszystkoGra1

fot. NEXT FILM

A na koniec, po spotkaniu, udało mi się jeszcze podejść do Pani Agnieszki i pogratulować jej dobrego filmu, gdyż naprawdę mnie cieszy, kiedy twórcy w Polsce sięgają po kino gatunkowe (dodatkowo: muzyka z #WszystkoGra będzie mi jeszcze długo towarzyszyła, co sprawia mi dużą radość).

Ocena3,5/5

I mała refleksja na koniec:pisząc ten wpis sama nie mogę uwierzyć, że trzeci polski film na którym byłam w tym roku w kinie jest musicalem, a zatem należy do ukochanego tak przeze mnie gatunku. Nigdy nie sądziłam, że dożyję takich czasów. 😉 I chociaż na razie jest dobrze, to zapala mi się czerwona lampka, gdyż przemysł filmowy w naszym kraju od wielu już lat kieruje się pewną zasadą: jak coś się sprzedaje, to dawajmy to widzom aż do przesytu. Komedie romantyczne? Świetnie! Kręcimy jedną za drugą, a to że większość z nich jest kalką filmów brytyjskich czy amerykańskich, to już nie ma znaczenia… Borys Szyc, Tomasz Karolak są na topie? Niech grają w każdej produkcji na dużym i na małym ekranie, aż zaczną wyskakiwać z lodówki w każdym domu (przy czym świat zapomni, że oni są naprawdę dobrymi aktorami). Smutne, ale prawdziwe. Mam tym samym nadzieję, że nie czeka nas nagły przypływ musicali kręconych nad Wisłą, tym bardziej że, niestety, tendencja jest spadkowa.

#4 Filmowy tydzień: „Kopciuszek”; „Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak”; „Shirley – wizje rzeczywistości”

Kopciuszek

Kopciuszek

Nowa wersja klasycznej bajki została wyreżyserowana przez brytyjskiego reżysera – Kennetha Branagha. Tak się złożyło, że dość dobrze znam dokonania tego reżysera. Swego czasu zasłynął on nowatorskim podejściem do sztuk szekspirowskich (np. Wiele hałasu o nic czy moje ulubione Stracone zachody miłości), stoi również za reżyserią Thora. O dziwo, ten teatralny i szekspirowski rys wyczułam w Kopciuszku od pierwszych scen filmu, ale nie wiedziałam jeszcze wtedy z czego on wynika. Dopiero po seansie, gdy zobaczyłam imię i nazwisko reżysera, wszystko stało się dla mnie jasne. W czasie oglądania byłam jedynie zdziwiona…

W moim odczuciu teatralna maniera w disneyowskim świecie się nie sprawdza. Przez to obraz jest podwójnie sztuczny. W filmie zabrakło mi również jakiejś świeżości, której można by jednak oczekiwać po Branaghu. Ponadto najwyrazistsze postacie to nie te pierwszoplanowe (które są po prostu poprawne), a drugoplanowe, w które wcielili się znakomici aktorzy: Cate Blanchett, Helen Bonham Carter czy Stellan Skarsgard. To oni utrzymywali moją uwagę przez większą część filmu. Z pewnością powinnam także wziąć pod uwagę, że mam do czynienia z produkcją stricte familijną, powstałą głównie z myślą o dzieciach. Jako taką można ją spokojnie puścić w czasie niedzielnego obiadu.

I żeby nie było, że tylko nuda wiała z ekranu: polecam wypatrywać na ekranie kota Lucyfera oraz wszędobylską gęś. 🙂

Ocena: 2,5/5

Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak

Dziewczyna_i_chlopak

Flipped okazał się filmem, który nie przetrwał mojej próby czasu. Oglądany po raz pierwszy, kilka lat temu, z jakiegoś powodu mi się podobał (jak wielu innym widzom). Niestety, gdy teraz go sobie odświeżyłam, to okazał się nudny oraz wyjątkowo naiwny.

Pomysł podwójnej narracji jest super. Tę samą historię, która dzieje się na przestrzeni paru lat, poznajemy raz z perspektywy chłopaka – Bryce’a Loskiego, a raz z perspektywy dziewczyny – Julii Baker. Opowieść wypełnia koleje losu ich znajomości. Czasem jest zabawnie, czasem smutnie, czasem poważnie. Lecz tak naprawdę przez cały film nic się nie dzieje, a wątki, które mogą widza zaciekawić (np. dlaczego Julia tak bardzo przypomina babcię Bryce’a czy jakie niespełnione marzenia chowa w sobie jego ojciec) pozostają nierozwinięte. Podejrzewam, że swoją oceną tego filmu narażę się wielu osobom, które uważają ten film za romantyczny, uroczy, przedstawiający kwintesencję dorastania oraz pokazania w lekki sposób problemów wieku nastoletniego. Mi jakoś jednak trudno uwierzyć w tę historię. Może to przez większy cynizm, który zyskujemy wraz z wiekiem…? A może Flipped to po prostu ckliwy, ale nic nie wnoszący za sobą obraz?

Swoją drogą, gdzieś wyczytałam, że film powstał na podstawie książki Wendelin Van Draanen o tym samym tytule, której akcja dzieje się w 2000 roku. Ciekawa jestem z jakiego powodu film został osadzony na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku? Może to było niepotrzebną zmianą…?

Ocena:2/5

Shirley – wizje rzeczywistości

Shirley

Na tegorocznym sylwestrze w poznańskim kinie Muza udało nam się zdobyć pakiet filmów z serii wydanej przez Festiwal Nowe Horyzonty. Są to pozycje raczej niełatwe, z pewnością jednak intrygujące. Do takich niewątpliwie zaliczę pierwszy z obejrzanych przeze mnie filmów: Shirley – wizje rzeczywistości. Film Gustava Deutscha należy do nurtu kina artystycznego. Dostajemy obraz jednostajny, rozgrywający się w zamkniętych przestrzeniach ściśle odwzorowujących obrazy amerykańskiego malarza – Edwarda Hoppera. Rok powstania danego obrazu pokrywa się idealnie z rzeczywistością widzianą przez nas na ekranie. Obraz, poprzedzony krótkimi wiadomościami na temat aktualnych wydarzeń ze świata (kroniki amerykańskie) – ożywa. W ten sposób stajemy się świadkami małego wycinka z dnia Shirley (amerykańskiej aktorki teatralnej). Zawsze jest to 28 sierpnia, zmienia się natomiast rok. Całość rozgrywa się od 1931 do 1965 roku.

Shirley – wizje rzeczywistości był dla mnie filmem hipnotyzującym. Początkowo atakowana przez kilka informacji naraz wyciszałam się, gdy zaczynałam widzieć na ekranie stonowany obraz oraz słyszeć myśli Shirley. Starałam się przy tym powiązać to, co usłyszałam przed chwilą z tym, co widziałam i słyszałam z perspektywy bohaterki. Osobistym przemyśleniom Shirley, które dotyczą głównie jej życia osobistego oraz zawodowego, towarzyszą również teksty literackie czy filozoficzne, fragmenty starych filmów, a nawet wycinek ze słynnej mowy Martina Luther Kinga.

Obraz Deutsha jest ciekawy artystycznie. Znawców malarstwa Edwarda Hoppera zachwyci z pewnością perfekcja, z jaką odwzorowano poszczególne obrazy. Niestety, fabułę filmu stanowi historia jednostki w określonych i jednocześnie bardzo okrojonych ramach czasowych, i choć z jednej strony jest to podróż ciekawa, to z drugiej nie dla wszystkich. Jestem pewna, że część osób wyłączy ten film po 15 minutach po prostu ze znudzenia. Polecam go zatem przede wszystkim tym, którzy cenią sobie eksperymenty audiowizualne bądź w niebanalny sposób chcą się zapoznać z wycinkiem z historii Stanów Zjednoczonych.

Ocena:3/5

„Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”

Excentrycy

Druga polska produkcja w tym roku i… znów strzał w dziesiątkę! Cudowne kino, trochę w starym stylu (ach, ten swing!), a równocześnie, miejscami, tak bardzo nadal aktualne.

Na Excentryków ostrzyłam sobie ząbki od daty ich premiery, ale jakoś ciągle nie było mi dane. Raz już nawet wybrałam się ze znajomą do kina, ale… zabrakło dla nas biletów na seans. Aż tu nagle dojrzałam, że w Nowym Kinie Pałacowym będzie pokaz filmu zwieńczony spotkaniem z reżyserem – panem Januszem Majewskim. To było to! Nie chciałam tego przegapić! Co prawda wydarzenie to miało miejsce miesiąc temu (14.03), ale dopiero teraz znalazłam chwilę, by je opisać, a sądzę, że naprawdę warto.

Sala kinowa była wypełniona po brzegi, a zasiadły na niej osoby w każdym niemalże wieku. Już samo to robiło wrażenie, budowało ciekawą atmosferę oraz pokazywało, że można w Polsce zrobić film, który przyciągnie do kina różne pokolenia. Pokaz filmowy poprzedzony był krótkim występem jazzowego tria, które spotkało się z pozytywnym odbiorem ze strony publiczności, a na film zaprosił nas sam reżyser.

Excentrycy przenoszą nas do końcówki lat 50. ubiegłego wieku, kiedy to (niespodziewanie) pewien polski puzonista – Fabian (Maciej Stuhr) – postanawia wrócić do Polski z powojennej emigracji w Anglii. Co dziwniejsze, Fabian wraca do ojczyzny na stałe i pragnie robić w niej to samo, co na zachodzie: grać amerykański jazz oraz śpiewać po… ANGIELSKU! Jak się okazuje, w Ciechocinku nie jest nawet tak trudno o muzyków-amatorów oraz piękne i utalentowane piosenkarki. Jedną z nich zostaje również umuzykalniona siostra Fabiana – Wanda (Sonia Bohosiewicz), a drugą tajemnicza femme fatale… tfu! nauczycielka angielskiego – Modesta (Natalia Rybicka), z którą wkrótce Fabiana połączy gorący romans.

Film Janusza Majewskiego, mimo że dzieje się w czasach PRL-u, ma nas przede wszystkim podnieść na duchu. Pokazuje, jak w nawet najbardziej szarej rzeczywistości, można znaleźć tytułową „słoneczną stronę ulicy”. Jest to coś, z czym nadal jako Polacy często mamy problem, i tym bardziej potrzeba nam właśnie takich produkcji. W Excentrykach ludzki dramat przeplata się z komedią, a proste życie z prawdziwą szpiegowską intrygą pokazując, że wszystko jest możliwe (a całości towarzyszy „cały ten jazz”).

Ponadto w Excentrykach występuje cała plejada najlepszych polskich aktorów. Maciej Stuhr i Natalia Rybicka tworzą na ekranie duet wyjęty prosto z amerykańskiego filmu złotej ery Hollywood (raz przychodzi nam na myśl musical, innym razem film noir). Czy można chcieć więcej…? Jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że partnerują im aktorzy rzadko ostatnio widywani na dużym ekranie, to naprawdę sięgamy kinofilskiego nieba. A są to: Wiktor Zborowski, Magdalena Zawadzka, Marian Opania, Wojciech Pszoniak czy Anna Dymna. Tu należy nadmienić, że ta ostatnia dwójka za swoje role drugoplanowe dostała najważniejsze  polskie nagrody filmowe – Orły. Podejrzewam, że całkiem zasłużenie, gdyż zarówno ekscentryczny stroiciel fortepianów  Felicjan Zuppe, jak i gderliwa Bayerowa to postacie, które na długo pozostają w pamięci widza.

Warstwa muzyczna Excentryków również bardzo mi się podobała. Czuć było jej integralność z fabułą, a także to, jak ta „ekscentryczność” była potrzebna samym bohaterom (czasem, jak w przypadku Wandy, była nawet niezbędna do tego, by żyć). W filmie usłyszycie między innymi takie amerykańskie standardy jak tytułowe On the Sunny Side of the Street czy I’ve Got You Under My Skin.

Szczerze Wam ten film polecam i jestem przekonana, że w niejednym momencie Was rozbawi oraz podniesie na duchu.

Chciałabym teraz wrócić jeszcze do spotkania z reżyserem, panem Januszem Majewskim, które miało miejsce po projekcji Excentryków.

Pan Janusz opowiadał na nim zarówno o kulisach powstawania filmu, jak i co nieco o sobie oraz swojej drodze do zostania reżyserem. Jeżeli chodzi o to pierwsze, to opowiadał o tym jak wybierał (na jakiej podstawie) aktorów grających pierwszoplanowe role, o tym, który fragment filmu pochodzi z jego własnego życia i nie znajdziemy go w książce Włodzimierza Kowalewskiego (nadstawcie uszu jak Fabian opowiada Modeście o pewnej piwnicy w Nowym Jorku), a także o tym, że jest nakręcona dłuższa wersja filmu w postaci czteroodcinkowego mini-serialu (dłuższa o godzinę), w której pewne wątki poszczególnych postaci są poszerzone. Niestety, na razie jeszcze nie ma oficjalnych informacji, która stacja i kiedy serial wyemituje (pan Majewski wysnuł jedynie przypuszczenie, że może na jesień pojawi się on na srebrnym ekranie).

IMG_20160314_210503

Jeżeli zaś chodzi o bardziej prywatne wątki, to dowiedzieliśmy się na przykład jak pan Janusz „podstępem” wykorzystał swoje wcześniejsze studia architektoniczne do dostania się do łódzkiej filmówki (wpadł na pomysł zaprojektowania profesjonalnego studia filmowego, dzięki czemu mógł „wniknąć” w świat uczelni przed egzaminami wstępnymi). Na pytanie zaś, jaki wpływ na niego oraz jego filmy miała jego żona – Zofia Nasierowska (polska fotograficzka) – pan Janusz odpowiedział dowcipnie, że jeżeli chodzi o niego to głównie kulinarny, gdyż wspaniale gotowała. Niemniej, nie ukrywał podziwu dla jej talentu oraz umiejętności wydobywania piękna z nawet mniej urodziwych (na pierwszy rzut oka) aktorek (to dzięki zdjęciu autorstwa pani Zofii jedna z polskich aktorek otrzymała jednak angaż w jego filmie, choć początkowo ją odrzucił).

Podsumowując, wieczór zafundowany przez CK Zamek był bardzo udany, a pan Janusz okazał się wspaniałym człowiekiem, który jest skarbnicą niezliczonej ilości anegdot o polskim światku filmowym. I na koniec: jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zobaczyć Excentryków, to koniecznie nadróbcie tę zaległość!

Ocena:4,5

#3 Filmowy tydzień

Filmy, o których poniżej napiszę, obejrzałam tak naprawdę w ciągu ostatniego miesiąca. Dużo się działo wokół: a to jakieś odwiedziny, a to wyjazd, a to jakieś urodziny. 😉 W efekcie: mało czasu na filmowe przyjemności. Jednakże, ponieważ filmów uzbierało się wyjątkowo mało, i można je spokojnie obejrzeć w jeden tydzień, to nagłówek zostaje, a odliczanie trwa dalej.

Uznajcie mnie za winnego

Uznajcie_mnie_za_winnego

Produkcję tę obejrzałam z ciekawości. Jest to przedostatni film wyreżyserowany przez cenionego reżysera, Sidneya Lumeta (Dwunastu gniewnych ludziSerpicoSieć), a w roli głównej występuje… Vin Diesel. Dramat sądowy z komediowym zacięciem miał uprzyjemnić samotny wieczór.

Film zdaje relację z trwającego kilka lat procesu wymierzonego w mafijny światek New Jersey pod koniec lat 80. poprzedniego wieku. W ramach napisów początkowych dostajemy informację o tym, że większość sądowych dialogów jest zeznaniami, które faktycznie miały miejsce. Głównym bohaterem (granym przez Diesela) jest gangster Giacomo „Jackie” DiNorscio, który, ze względu na nieudolność swojego adwokata, postanawia bronić się sam. Jako niedoświadczony i początkujący obrońca popełnia wiele gaf, które (o dziwo) urzekają ławę przysięgłych.

Sięgnęłam po ten film, gdyż chciałam przekonać się, jak gwiazda serii Szybcy i wściekli poradzi sobie w filmie dramatycznym, zdecydowanie nastawionym na dialogi aniżeli na akcję. Niestety, wyszło sztywno i nudno. Nie jest to chyba nawet za bardzo wina aktora, który stara się ze swojej postaci wykrzesać co nieco energii, a mało błyskotliwego scenariusza. Uznajcie mnie za winnego miało być filmem wciągającym, zabawnym oraz zaskakującym, a okazało się być rozwlekłym i usypiającym. Przestrzegam przed nim nie tylko fanów Vin Diesela, co także Petera Dinklage’a (który występuje tu w drugoplanowej roli jednego z adwokatów), którzy mogą się natknąć na ten film przeglądając filmografie aktorów.

Ocena:2/5

Deadpool

Deadpool

Walentynki? Wiadomo – w kinie! Ale żeby od razu na komedii romantycznej…? Nie, to nie w naszym stylu. W tym roku trafiła się jednak produkcja idealna na to, by wieczór 14-go lutego spędzić w sali kinowej.

Od razu na wstępie zaznaczam, że nie jestem fanką Deadpoola, nie przeczytałam ani jednego komiksu z jego udziałem, a superbohaterów jakiegokolwiek uniwersum (w tym wypadku Marvela i X-Menów) poznałam i poznaję jedynie poprzez filmy i seriale [proszę, nie bijcie…]. Traktuję je jako produkcje czysto rozrywkowe, pozwalające oderwać się choć na trochę od otaczającej mnie rzeczywistości. Tak też miało być i tym razem, choć dowiadując się co nieco od znajomych o Deadpoolu, żywiłam pewne obawy, że się nie polubimy. Na szczęście okazały się one bezzasadne. 🙂

Deadpool wprowadza nas w świat Wada Wilsona (w tej roli świetnie bawiący się na planie Ryan Reynolds) – byłego żołnierza oddziałów specjalnych – który na skutek eksperymentalnej walki z nieuleczalną chorobą zyskuje nową tożsamość i przekształca się w klasycznego antybohatera, tytułowego Deadpoola. W praktyce zyskuje „jedynie” swój charakterystyczny kostium, nowy przydomek oraz zdolność samouzdrawiania się, bo charakter szalonego najemnika z czarnym poczuciem humoru, który w istocie dba jedynie o swój interes, posiadał już wcześniej.

Nie ma co ukrywać, że najwięcej zabawy dostają fani. Film co i rusz puszcza do nich oko tu i ówdzie (wiem od znajomych :P). Dla takiego sobie zwykłego odbiorcy jak ja Deadpool jest przede wszystkim połączeniem czarnej komedii z filmem akcji, z dodatkiem pewnej dozy fantastyki. Rzadko kiedy produkcja ta zwalnia tempa, żart goni żart, następuje pościg za pościgiem. Jednak kiedy już zdarzy się, że akcja trochę przystopuje, to dzieje się to z powodów… romantycznych. O ironio, Deadpool jest również romansem w stylu Pięknej i Bestii!

Podsumowując: kino rozrywkowe zyskało kolejną dobrą produkcję na ponure wieczory. I nawet jeżeli nie jesteście fanami komiksów czy innych produkcji Marvela, ale za to bawi Was czarny humor, to spokojnie możecie sięgnąć po Deadpoola. Nie rozczarujecie się!

Ocena: 3,5/5

Grease Live!

Grease_Live_poster

Moda na „poprawianie” filmów z lat 70. i 80. trwa w najlepsze i nie ominęła nawet musicali. O ich nowy wygląd oraz brzmienie dba przede wszystkim stacja FOX, która już tej jesieni planuje telewizyjną premierę remake’u The Rocky Horror Picture Show (więcej informacji o planowanej produkcji i jej obsadzie znajdziecie TUTAJ), a ostatniego dnia stycznia właśnie dzięki tej stacji miliony Amerykanów miało okazję obejrzeć musical Grease na żywo w całkiem nowej obsadzie.

Czy coś nas tutaj zaskakuje? Niby niedużo. Zdecydowana większość utrzymana jest w zgodzie ze słynnym powiedzeniem inżyniera Mamonia: najbardziej lubimy piosenki, które już znamy. Twórcy nie silili się na większe eksperymenty muzyczne. Fabuła również pozostaje ta sama, co w oryginale z 1978 roku: Sandy i Danny, po wspólnie spędzonych wakacjach, niespodziewanie spotykają się w szkole Danny’ego. Okazuje się, że w murach szkolnych każde z nich zachowuje się zupełnie inaczej niż poza nimi, przez co przetrwanie ich uczucia stoi pod znakiem zapytania. Wszystko to w otoczeniu rockandrollowych rytmów.

Co zatem się zmieniło? Przede wszystkim obsada: w roli Danny’ego Zuko wystąpił Aaron Tveit – aktor znany przede wszystkim z seriali Plotkara oraz Graceland; rolę Sandy otrzymała Julianne Hough, którą można było zobaczyć już w filmach muzycznych: zagrała w remake’u Footloose z 2011 roku oraz w Rock of Ages (2012); kreacja przywódczyni Pink Ladies – Betty Rizzo – przypadła w udziale Vanessie Hudgens (notabene, nie jest to jedyna była gwiazdka Disneya, która pojawia się na ekranie: podczas licealnego balu na scenie pojawia się także Joe Jonas); rola Frenchy przypadła w udziale wokalistce Carly Rae Jepsen (tej od hitu „Call Me Maybe”). Już po obsadzie możemy się domyślić, że widowisko Grease Live! powstało przede wszystkim z myślą o dzisiejszych dwudziestokilkulatkach.  Mimo to myślę, że i Ci, którzy pamiętają oryginał z Johnem Travoltą i Olivią Newton-John, nie będą rozczarowani. Jakie jeszcze nowości/występy gościnne nas czekają? Show otwiera tytułowe Grease zaśpiewane zza kulis przez brytyjską piosenkarkę Jessie J; Carly Rae Jepsen wykonuje zupełnie nową piosenkę, powstałą na potrzeby musicalu, „All I Need is an Angel”; Joe Jonas wykonuje w zupełnie nowej aranżacji swój wakacyjny hit „Cake by the Ocean”; w jednej ze scen gościnnie występują Boyz II Men.

Grease Live! jest widowiskiem, które ogląda się z przyjemnością, ale bez większych zaskoczeń. Przypomina trochę odnowienie starego samochodu, na który nałożyliśmy nowy lakier, by znów nas olśnił („Greased Lightnin”), ale nadal nie daje się zatrzeć dokładnie jego wcześniejszego wyglądu. A i tak zawsze znajdą się tacy, co będą narzekać i twierdzić, że nie da się konkurować z tym, co było kiedyś.

Ocena: 3/5

PS. A dla wszystkich tych, co chcą porównać na szybko polecam „Summer Nights” w wykonaniu nowym i starym:

500 dni miłości

500_dni_milosci

Sięgnęłam po ten film dla przypomnienia, trochę z sentymentu. Pamiętałam mój zachwyt po tym, kiedy obejrzałam go po raz pierwszy kilka lat temu i zachwyciłam się. Byłam ciekawa, czy to się powtórzy. I na szczęście nie rozczarowałam się!

Genialny soundtrack, słodki Joseph Gordon Levitt w roli głównej oraz towarzysząca mu, pełna uroku i swoistego magnetyzmu, Zooey Deschanel wcielająca się w tytułową Summer (ang. (500) Days of Summer).

Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli tego filmu niech zachętą jedne z pierwszych słów, które padają z ekranu: „To historia o tym, jak chłopak poznaje dziewczynę. Ale powinniście wiedzieć od razu… że nie jest to historia o miłości”. To prawda. Chociaż niby wszystko się kręci wokół tego tematu, i chociaż ten film spodoba się przede wszystkim niepoprawnym romantykom, to jest to przede wszystkim film o tym, jak ważne jest, by uwierzyć w siebie oraz podążać za swoimi marzeniami. Szczerze polecam!

Ocena: 4/5

Saawariya

Saawariya

Od czasu do czasu sięgam po filmy z Bollywood. Nie tylko dlatego, że w dużej mierze są musicalami, ale także dlatego, że niosą ze sobą zupełnie odmienną wrażliwość niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Ponadto ciekawe jest również to, jak teksty naszej kultury są interpretowane przez kino bollywoodzkie. Jest to coś, co nieraz potrafi zaskoczyć…

Tak było i tym razem. Saawariya luźno nawiązuje do opowiadania Fiodora Dostojewskiego pt. Białe noce. Narratorką jest kurtyzana, Gulab, która opowiada nam tragiczną historię miłosnego trójkąta: Raja, Sakiny oraz Imaana. Są momenty, kiedy niby wszystko się zgadza (Sakina mieszka z ledwo widzącą babcią oraz oczekuje na powrót swojego ukochanego – Imaana, który wynajmował u nich pokój i obiecał powrócić do dziewczyny po upływie roku), lecz jest ich jak na lekarstwo. Największym zaskoczeniem nie jest chyba jednak to, że Raj jest opisywany jako gwiazda rocka, a… scenografia. Jest ona wyobrażeniem miasta, które istnieje tylko w wyobraźni Gulab, a składa się nań skrzyżowanie Paryża (wraz z Moulin Rouge) z Nowym Jorkiem czy Londynem z początku XX wieku, plus weneckie kanały i mosty oraz budynki, malunki czy posągi rodem z Baśni z 1001 nocy. A wszystko to w towarzystwie każdego odcieniu niebieskiego, jaki jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Saawariya jest typowym produktem z Bollywood. Opowiada historię zupełnie odrealnioną, opartą w dużej mierze na skrajnych emocjach: ogromna radość nieoczekiwanie przemienia się w ogromny smutek. Niestety, choć niektóre hinduskie filmy kupuję bez mrugnięcia okiem, to tym razem się nie udało. Parę scen mnie rozbawiło, jednak mało co mnie wzruszyło. Tym razem było chyba za sztucznie jak dla europejskiego widza…

Ocena: 2,5/5