#3 Filmowy tydzień

Filmy, o których poniżej napiszę, obejrzałam tak naprawdę w ciągu ostatniego miesiąca. Dużo się działo wokół: a to jakieś odwiedziny, a to wyjazd, a to jakieś urodziny. 😉 W efekcie: mało czasu na filmowe przyjemności. Jednakże, ponieważ filmów uzbierało się wyjątkowo mało, i można je spokojnie obejrzeć w jeden tydzień, to nagłówek zostaje, a odliczanie trwa dalej.

Uznajcie mnie za winnego

Uznajcie_mnie_za_winnego

Produkcję tę obejrzałam z ciekawości. Jest to przedostatni film wyreżyserowany przez cenionego reżysera, Sidneya Lumeta (Dwunastu gniewnych ludziSerpicoSieć), a w roli głównej występuje… Vin Diesel. Dramat sądowy z komediowym zacięciem miał uprzyjemnić samotny wieczór.

Film zdaje relację z trwającego kilka lat procesu wymierzonego w mafijny światek New Jersey pod koniec lat 80. poprzedniego wieku. W ramach napisów początkowych dostajemy informację o tym, że większość sądowych dialogów jest zeznaniami, które faktycznie miały miejsce. Głównym bohaterem (granym przez Diesela) jest gangster Giacomo „Jackie” DiNorscio, który, ze względu na nieudolność swojego adwokata, postanawia bronić się sam. Jako niedoświadczony i początkujący obrońca popełnia wiele gaf, które (o dziwo) urzekają ławę przysięgłych.

Sięgnęłam po ten film, gdyż chciałam przekonać się, jak gwiazda serii Szybcy i wściekli poradzi sobie w filmie dramatycznym, zdecydowanie nastawionym na dialogi aniżeli na akcję. Niestety, wyszło sztywno i nudno. Nie jest to chyba nawet za bardzo wina aktora, który stara się ze swojej postaci wykrzesać co nieco energii, a mało błyskotliwego scenariusza. Uznajcie mnie za winnego miało być filmem wciągającym, zabawnym oraz zaskakującym, a okazało się być rozwlekłym i usypiającym. Przestrzegam przed nim nie tylko fanów Vin Diesela, co także Petera Dinklage’a (który występuje tu w drugoplanowej roli jednego z adwokatów), którzy mogą się natknąć na ten film przeglądając filmografie aktorów.

Ocena:2/5

Deadpool

Deadpool

Walentynki? Wiadomo – w kinie! Ale żeby od razu na komedii romantycznej…? Nie, to nie w naszym stylu. W tym roku trafiła się jednak produkcja idealna na to, by wieczór 14-go lutego spędzić w sali kinowej.

Od razu na wstępie zaznaczam, że nie jestem fanką Deadpoola, nie przeczytałam ani jednego komiksu z jego udziałem, a superbohaterów jakiegokolwiek uniwersum (w tym wypadku Marvela i X-Menów) poznałam i poznaję jedynie poprzez filmy i seriale [proszę, nie bijcie…]. Traktuję je jako produkcje czysto rozrywkowe, pozwalające oderwać się choć na trochę od otaczającej mnie rzeczywistości. Tak też miało być i tym razem, choć dowiadując się co nieco od znajomych o Deadpoolu, żywiłam pewne obawy, że się nie polubimy. Na szczęście okazały się one bezzasadne. 🙂

Deadpool wprowadza nas w świat Wada Wilsona (w tej roli świetnie bawiący się na planie Ryan Reynolds) – byłego żołnierza oddziałów specjalnych – który na skutek eksperymentalnej walki z nieuleczalną chorobą zyskuje nową tożsamość i przekształca się w klasycznego antybohatera, tytułowego Deadpoola. W praktyce zyskuje „jedynie” swój charakterystyczny kostium, nowy przydomek oraz zdolność samouzdrawiania się, bo charakter szalonego najemnika z czarnym poczuciem humoru, który w istocie dba jedynie o swój interes, posiadał już wcześniej.

Nie ma co ukrywać, że najwięcej zabawy dostają fani. Film co i rusz puszcza do nich oko tu i ówdzie (wiem od znajomych :P). Dla takiego sobie zwykłego odbiorcy jak ja Deadpool jest przede wszystkim połączeniem czarnej komedii z filmem akcji, z dodatkiem pewnej dozy fantastyki. Rzadko kiedy produkcja ta zwalnia tempa, żart goni żart, następuje pościg za pościgiem. Jednak kiedy już zdarzy się, że akcja trochę przystopuje, to dzieje się to z powodów… romantycznych. O ironio, Deadpool jest również romansem w stylu Pięknej i Bestii!

Podsumowując: kino rozrywkowe zyskało kolejną dobrą produkcję na ponure wieczory. I nawet jeżeli nie jesteście fanami komiksów czy innych produkcji Marvela, ale za to bawi Was czarny humor, to spokojnie możecie sięgnąć po Deadpoola. Nie rozczarujecie się!

Ocena: 3,5/5

Grease Live!

Grease_Live_poster

Moda na „poprawianie” filmów z lat 70. i 80. trwa w najlepsze i nie ominęła nawet musicali. O ich nowy wygląd oraz brzmienie dba przede wszystkim stacja FOX, która już tej jesieni planuje telewizyjną premierę remake’u The Rocky Horror Picture Show (więcej informacji o planowanej produkcji i jej obsadzie znajdziecie TUTAJ), a ostatniego dnia stycznia właśnie dzięki tej stacji miliony Amerykanów miało okazję obejrzeć musical Grease na żywo w całkiem nowej obsadzie.

Czy coś nas tutaj zaskakuje? Niby niedużo. Zdecydowana większość utrzymana jest w zgodzie ze słynnym powiedzeniem inżyniera Mamonia: najbardziej lubimy piosenki, które już znamy. Twórcy nie silili się na większe eksperymenty muzyczne. Fabuła również pozostaje ta sama, co w oryginale z 1978 roku: Sandy i Danny, po wspólnie spędzonych wakacjach, niespodziewanie spotykają się w szkole Danny’ego. Okazuje się, że w murach szkolnych każde z nich zachowuje się zupełnie inaczej niż poza nimi, przez co przetrwanie ich uczucia stoi pod znakiem zapytania. Wszystko to w otoczeniu rockandrollowych rytmów.

Co zatem się zmieniło? Przede wszystkim obsada: w roli Danny’ego Zuko wystąpił Aaron Tveit – aktor znany przede wszystkim z seriali Plotkara oraz Graceland; rolę Sandy otrzymała Julianne Hough, którą można było zobaczyć już w filmach muzycznych: zagrała w remake’u Footloose z 2011 roku oraz w Rock of Ages (2012); kreacja przywódczyni Pink Ladies – Betty Rizzo – przypadła w udziale Vanessie Hudgens (notabene, nie jest to jedyna była gwiazdka Disneya, która pojawia się na ekranie: podczas licealnego balu na scenie pojawia się także Joe Jonas); rola Frenchy przypadła w udziale wokalistce Carly Rae Jepsen (tej od hitu „Call Me Maybe”). Już po obsadzie możemy się domyślić, że widowisko Grease Live! powstało przede wszystkim z myślą o dzisiejszych dwudziestokilkulatkach.  Mimo to myślę, że i Ci, którzy pamiętają oryginał z Johnem Travoltą i Olivią Newton-John, nie będą rozczarowani. Jakie jeszcze nowości/występy gościnne nas czekają? Show otwiera tytułowe Grease zaśpiewane zza kulis przez brytyjską piosenkarkę Jessie J; Carly Rae Jepsen wykonuje zupełnie nową piosenkę, powstałą na potrzeby musicalu, „All I Need is an Angel”; Joe Jonas wykonuje w zupełnie nowej aranżacji swój wakacyjny hit „Cake by the Ocean”; w jednej ze scen gościnnie występują Boyz II Men.

Grease Live! jest widowiskiem, które ogląda się z przyjemnością, ale bez większych zaskoczeń. Przypomina trochę odnowienie starego samochodu, na który nałożyliśmy nowy lakier, by znów nas olśnił („Greased Lightnin”), ale nadal nie daje się zatrzeć dokładnie jego wcześniejszego wyglądu. A i tak zawsze znajdą się tacy, co będą narzekać i twierdzić, że nie da się konkurować z tym, co było kiedyś.

Ocena: 3/5

PS. A dla wszystkich tych, co chcą porównać na szybko polecam „Summer Nights” w wykonaniu nowym i starym:

500 dni miłości

500_dni_milosci

Sięgnęłam po ten film dla przypomnienia, trochę z sentymentu. Pamiętałam mój zachwyt po tym, kiedy obejrzałam go po raz pierwszy kilka lat temu i zachwyciłam się. Byłam ciekawa, czy to się powtórzy. I na szczęście nie rozczarowałam się!

Genialny soundtrack, słodki Joseph Gordon Levitt w roli głównej oraz towarzysząca mu, pełna uroku i swoistego magnetyzmu, Zooey Deschanel wcielająca się w tytułową Summer (ang. (500) Days of Summer).

Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli tego filmu niech zachętą jedne z pierwszych słów, które padają z ekranu: „To historia o tym, jak chłopak poznaje dziewczynę. Ale powinniście wiedzieć od razu… że nie jest to historia o miłości”. To prawda. Chociaż niby wszystko się kręci wokół tego tematu, i chociaż ten film spodoba się przede wszystkim niepoprawnym romantykom, to jest to przede wszystkim film o tym, jak ważne jest, by uwierzyć w siebie oraz podążać za swoimi marzeniami. Szczerze polecam!

Ocena: 4/5

Saawariya

Saawariya

Od czasu do czasu sięgam po filmy z Bollywood. Nie tylko dlatego, że w dużej mierze są musicalami, ale także dlatego, że niosą ze sobą zupełnie odmienną wrażliwość niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Ponadto ciekawe jest również to, jak teksty naszej kultury są interpretowane przez kino bollywoodzkie. Jest to coś, co nieraz potrafi zaskoczyć…

Tak było i tym razem. Saawariya luźno nawiązuje do opowiadania Fiodora Dostojewskiego pt. Białe noce. Narratorką jest kurtyzana, Gulab, która opowiada nam tragiczną historię miłosnego trójkąta: Raja, Sakiny oraz Imaana. Są momenty, kiedy niby wszystko się zgadza (Sakina mieszka z ledwo widzącą babcią oraz oczekuje na powrót swojego ukochanego – Imaana, który wynajmował u nich pokój i obiecał powrócić do dziewczyny po upływie roku), lecz jest ich jak na lekarstwo. Największym zaskoczeniem nie jest chyba jednak to, że Raj jest opisywany jako gwiazda rocka, a… scenografia. Jest ona wyobrażeniem miasta, które istnieje tylko w wyobraźni Gulab, a składa się nań skrzyżowanie Paryża (wraz z Moulin Rouge) z Nowym Jorkiem czy Londynem z początku XX wieku, plus weneckie kanały i mosty oraz budynki, malunki czy posągi rodem z Baśni z 1001 nocy. A wszystko to w towarzystwie każdego odcieniu niebieskiego, jaki jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Saawariya jest typowym produktem z Bollywood. Opowiada historię zupełnie odrealnioną, opartą w dużej mierze na skrajnych emocjach: ogromna radość nieoczekiwanie przemienia się w ogromny smutek. Niestety, choć niektóre hinduskie filmy kupuję bez mrugnięcia okiem, to tym razem się nie udało. Parę scen mnie rozbawiło, jednak mało co mnie wzruszyło. Tym razem było chyba za sztucznie jak dla europejskiego widza…

Ocena: 2,5/5

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s