#4 Filmowy tydzień: „Kopciuszek”; „Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak”; „Shirley – wizje rzeczywistości”

Kopciuszek

Kopciuszek

Nowa wersja klasycznej bajki została wyreżyserowana przez brytyjskiego reżysera – Kennetha Branagha. Tak się złożyło, że dość dobrze znam dokonania tego reżysera. Swego czasu zasłynął on nowatorskim podejściem do sztuk szekspirowskich (np. Wiele hałasu o nic czy moje ulubione Stracone zachody miłości), stoi również za reżyserią Thora. O dziwo, ten teatralny i szekspirowski rys wyczułam w Kopciuszku od pierwszych scen filmu, ale nie wiedziałam jeszcze wtedy z czego on wynika. Dopiero po seansie, gdy zobaczyłam imię i nazwisko reżysera, wszystko stało się dla mnie jasne. W czasie oglądania byłam jedynie zdziwiona…

W moim odczuciu teatralna maniera w disneyowskim świecie się nie sprawdza. Przez to obraz jest podwójnie sztuczny. W filmie zabrakło mi również jakiejś świeżości, której można by jednak oczekiwać po Branaghu. Ponadto najwyrazistsze postacie to nie te pierwszoplanowe (które są po prostu poprawne), a drugoplanowe, w które wcielili się znakomici aktorzy: Cate Blanchett, Helen Bonham Carter czy Stellan Skarsgard. To oni utrzymywali moją uwagę przez większą część filmu. Z pewnością powinnam także wziąć pod uwagę, że mam do czynienia z produkcją stricte familijną, powstałą głównie z myślą o dzieciach. Jako taką można ją spokojnie puścić w czasie niedzielnego obiadu.

I żeby nie było, że tylko nuda wiała z ekranu: polecam wypatrywać na ekranie kota Lucyfera oraz wszędobylską gęś. 🙂

Ocena: 2,5/5

Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak

Dziewczyna_i_chlopak

Flipped okazał się filmem, który nie przetrwał mojej próby czasu. Oglądany po raz pierwszy, kilka lat temu, z jakiegoś powodu mi się podobał (jak wielu innym widzom). Niestety, gdy teraz go sobie odświeżyłam, to okazał się nudny oraz wyjątkowo naiwny.

Pomysł podwójnej narracji jest super. Tę samą historię, która dzieje się na przestrzeni paru lat, poznajemy raz z perspektywy chłopaka – Bryce’a Loskiego, a raz z perspektywy dziewczyny – Julii Baker. Opowieść wypełnia koleje losu ich znajomości. Czasem jest zabawnie, czasem smutnie, czasem poważnie. Lecz tak naprawdę przez cały film nic się nie dzieje, a wątki, które mogą widza zaciekawić (np. dlaczego Julia tak bardzo przypomina babcię Bryce’a czy jakie niespełnione marzenia chowa w sobie jego ojciec) pozostają nierozwinięte. Podejrzewam, że swoją oceną tego filmu narażę się wielu osobom, które uważają ten film za romantyczny, uroczy, przedstawiający kwintesencję dorastania oraz pokazania w lekki sposób problemów wieku nastoletniego. Mi jakoś jednak trudno uwierzyć w tę historię. Może to przez większy cynizm, który zyskujemy wraz z wiekiem…? A może Flipped to po prostu ckliwy, ale nic nie wnoszący za sobą obraz?

Swoją drogą, gdzieś wyczytałam, że film powstał na podstawie książki Wendelin Van Draanen o tym samym tytule, której akcja dzieje się w 2000 roku. Ciekawa jestem z jakiego powodu film został osadzony na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku? Może to było niepotrzebną zmianą…?

Ocena:2/5

Shirley – wizje rzeczywistości

Shirley

Na tegorocznym sylwestrze w poznańskim kinie Muza udało nam się zdobyć pakiet filmów z serii wydanej przez Festiwal Nowe Horyzonty. Są to pozycje raczej niełatwe, z pewnością jednak intrygujące. Do takich niewątpliwie zaliczę pierwszy z obejrzanych przeze mnie filmów: Shirley – wizje rzeczywistości. Film Gustava Deutscha należy do nurtu kina artystycznego. Dostajemy obraz jednostajny, rozgrywający się w zamkniętych przestrzeniach ściśle odwzorowujących obrazy amerykańskiego malarza – Edwarda Hoppera. Rok powstania danego obrazu pokrywa się idealnie z rzeczywistością widzianą przez nas na ekranie. Obraz, poprzedzony krótkimi wiadomościami na temat aktualnych wydarzeń ze świata (kroniki amerykańskie) – ożywa. W ten sposób stajemy się świadkami małego wycinka z dnia Shirley (amerykańskiej aktorki teatralnej). Zawsze jest to 28 sierpnia, zmienia się natomiast rok. Całość rozgrywa się od 1931 do 1965 roku.

Shirley – wizje rzeczywistości był dla mnie filmem hipnotyzującym. Początkowo atakowana przez kilka informacji naraz wyciszałam się, gdy zaczynałam widzieć na ekranie stonowany obraz oraz słyszeć myśli Shirley. Starałam się przy tym powiązać to, co usłyszałam przed chwilą z tym, co widziałam i słyszałam z perspektywy bohaterki. Osobistym przemyśleniom Shirley, które dotyczą głównie jej życia osobistego oraz zawodowego, towarzyszą również teksty literackie czy filozoficzne, fragmenty starych filmów, a nawet wycinek ze słynnej mowy Martina Luther Kinga.

Obraz Deutsha jest ciekawy artystycznie. Znawców malarstwa Edwarda Hoppera zachwyci z pewnością perfekcja, z jaką odwzorowano poszczególne obrazy. Niestety, fabułę filmu stanowi historia jednostki w określonych i jednocześnie bardzo okrojonych ramach czasowych, i choć z jednej strony jest to podróż ciekawa, to z drugiej nie dla wszystkich. Jestem pewna, że część osób wyłączy ten film po 15 minutach po prostu ze znudzenia. Polecam go zatem przede wszystkim tym, którzy cenią sobie eksperymenty audiowizualne bądź w niebanalny sposób chcą się zapoznać z wycinkiem z historii Stanów Zjednoczonych.

Ocena:3/5

„Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”

Excentrycy

Druga polska produkcja w tym roku i… znów strzał w dziesiątkę! Cudowne kino, trochę w starym stylu (ach, ten swing!), a równocześnie, miejscami, tak bardzo nadal aktualne.

Na Excentryków ostrzyłam sobie ząbki od daty ich premiery, ale jakoś ciągle nie było mi dane. Raz już nawet wybrałam się ze znajomą do kina, ale… zabrakło dla nas biletów na seans. Aż tu nagle dojrzałam, że w Nowym Kinie Pałacowym będzie pokaz filmu zwieńczony spotkaniem z reżyserem – panem Januszem Majewskim. To było to! Nie chciałam tego przegapić! Co prawda wydarzenie to miało miejsce miesiąc temu (14.03), ale dopiero teraz znalazłam chwilę, by je opisać, a sądzę, że naprawdę warto.

Sala kinowa była wypełniona po brzegi, a zasiadły na niej osoby w każdym niemalże wieku. Już samo to robiło wrażenie, budowało ciekawą atmosferę oraz pokazywało, że można w Polsce zrobić film, który przyciągnie do kina różne pokolenia. Pokaz filmowy poprzedzony był krótkim występem jazzowego tria, które spotkało się z pozytywnym odbiorem ze strony publiczności, a na film zaprosił nas sam reżyser.

Excentrycy przenoszą nas do końcówki lat 50. ubiegłego wieku, kiedy to (niespodziewanie) pewien polski puzonista – Fabian (Maciej Stuhr) – postanawia wrócić do Polski z powojennej emigracji w Anglii. Co dziwniejsze, Fabian wraca do ojczyzny na stałe i pragnie robić w niej to samo, co na zachodzie: grać amerykański jazz oraz śpiewać po… ANGIELSKU! Jak się okazuje, w Ciechocinku nie jest nawet tak trudno o muzyków-amatorów oraz piękne i utalentowane piosenkarki. Jedną z nich zostaje również umuzykalniona siostra Fabiana – Wanda (Sonia Bohosiewicz), a drugą tajemnicza femme fatale… tfu! nauczycielka angielskiego – Modesta (Natalia Rybicka), z którą wkrótce Fabiana połączy gorący romans.

Film Janusza Majewskiego, mimo że dzieje się w czasach PRL-u, ma nas przede wszystkim podnieść na duchu. Pokazuje, jak w nawet najbardziej szarej rzeczywistości, można znaleźć tytułową „słoneczną stronę ulicy”. Jest to coś, z czym nadal jako Polacy często mamy problem, i tym bardziej potrzeba nam właśnie takich produkcji. W Excentrykach ludzki dramat przeplata się z komedią, a proste życie z prawdziwą szpiegowską intrygą pokazując, że wszystko jest możliwe (a całości towarzyszy „cały ten jazz”).

Ponadto w Excentrykach występuje cała plejada najlepszych polskich aktorów. Maciej Stuhr i Natalia Rybicka tworzą na ekranie duet wyjęty prosto z amerykańskiego filmu złotej ery Hollywood (raz przychodzi nam na myśl musical, innym razem film noir). Czy można chcieć więcej…? Jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że partnerują im aktorzy rzadko ostatnio widywani na dużym ekranie, to naprawdę sięgamy kinofilskiego nieba. A są to: Wiktor Zborowski, Magdalena Zawadzka, Marian Opania, Wojciech Pszoniak czy Anna Dymna. Tu należy nadmienić, że ta ostatnia dwójka za swoje role drugoplanowe dostała najważniejsze  polskie nagrody filmowe – Orły. Podejrzewam, że całkiem zasłużenie, gdyż zarówno ekscentryczny stroiciel fortepianów  Felicjan Zuppe, jak i gderliwa Bayerowa to postacie, które na długo pozostają w pamięci widza.

Warstwa muzyczna Excentryków również bardzo mi się podobała. Czuć było jej integralność z fabułą, a także to, jak ta „ekscentryczność” była potrzebna samym bohaterom (czasem, jak w przypadku Wandy, była nawet niezbędna do tego, by żyć). W filmie usłyszycie między innymi takie amerykańskie standardy jak tytułowe On the Sunny Side of the Street czy I’ve Got You Under My Skin.

Szczerze Wam ten film polecam i jestem przekonana, że w niejednym momencie Was rozbawi oraz podniesie na duchu.

Chciałabym teraz wrócić jeszcze do spotkania z reżyserem, panem Januszem Majewskim, które miało miejsce po projekcji Excentryków.

Pan Janusz opowiadał na nim zarówno o kulisach powstawania filmu, jak i co nieco o sobie oraz swojej drodze do zostania reżyserem. Jeżeli chodzi o to pierwsze, to opowiadał o tym jak wybierał (na jakiej podstawie) aktorów grających pierwszoplanowe role, o tym, który fragment filmu pochodzi z jego własnego życia i nie znajdziemy go w książce Włodzimierza Kowalewskiego (nadstawcie uszu jak Fabian opowiada Modeście o pewnej piwnicy w Nowym Jorku), a także o tym, że jest nakręcona dłuższa wersja filmu w postaci czteroodcinkowego mini-serialu (dłuższa o godzinę), w której pewne wątki poszczególnych postaci są poszerzone. Niestety, na razie jeszcze nie ma oficjalnych informacji, która stacja i kiedy serial wyemituje (pan Majewski wysnuł jedynie przypuszczenie, że może na jesień pojawi się on na srebrnym ekranie).

IMG_20160314_210503

Jeżeli zaś chodzi o bardziej prywatne wątki, to dowiedzieliśmy się na przykład jak pan Janusz „podstępem” wykorzystał swoje wcześniejsze studia architektoniczne do dostania się do łódzkiej filmówki (wpadł na pomysł zaprojektowania profesjonalnego studia filmowego, dzięki czemu mógł „wniknąć” w świat uczelni przed egzaminami wstępnymi). Na pytanie zaś, jaki wpływ na niego oraz jego filmy miała jego żona – Zofia Nasierowska (polska fotograficzka) – pan Janusz odpowiedział dowcipnie, że jeżeli chodzi o niego to głównie kulinarny, gdyż wspaniale gotowała. Niemniej, nie ukrywał podziwu dla jej talentu oraz umiejętności wydobywania piękna z nawet mniej urodziwych (na pierwszy rzut oka) aktorek (to dzięki zdjęciu autorstwa pani Zofii jedna z polskich aktorek otrzymała jednak angaż w jego filmie, choć początkowo ją odrzucił).

Podsumowując, wieczór zafundowany przez CK Zamek był bardzo udany, a pan Janusz okazał się wspaniałym człowiekiem, który jest skarbnicą niezliczonej ilości anegdot o polskim światku filmowym. I na koniec: jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zobaczyć Excentryków, to koniecznie nadróbcie tę zaległość!

Ocena:4,5