Oslo – co warto zobaczyć w centrum?

Na końcówkę maja wypadł kolejny długi weekend (Boże Ciało), a nam udało się ten czas wykorzystać na krótki urlop. Spędziliśmy 5 dni w Oslo – stolicy Norwegii – i sądzę, że był to bardzo dobry wybór. Pogoda nam dopisała, padało stosunkowo mało, choć rozpiętość temperatury była spora: wahała się od 14 do 23 ºC w ciągu dnia. Przez parę najbliższych wpisów sami się przekonacie jak wiele udało nam się zobaczyć!

Dzień 1. Zwiedzanie centrum Oslo

Z naszego mieszkania postanowiliśmy przejść się do centrum na piechotę. Odległość była w sam raz  do pokonania: 3 km. Pierwsza część drogi prowadziła nas przez park, a druga szła  już przy główniejszych ulicach. Dzięki temu spacerowi natknęliśmy się na ruiny pierwszej katedry powstałej w Oslo, z której niewiele już jednak pozostało. Następnie doszliśmy do bardzo nowoczesnej zabudowy o wdzięcznej nazwie Barcode buildings (barcode – kod kreskowy). Muszę Wam powiedzieć, że chyba po raz pierwszy zobaczyłam współczesne budynki, które naprawdę zachwyciły mnie swoją formą! Każdy z nich jest unikalny, każdy przyciąga uwagę czymś innym. Od razu pomyślałam, że każdy polski student architektury powinien być obligatoryjnie wysyłany do Oslo, żeby zobaczyć, jak pięknie mogą wyglądać nowe budynki. Może to by powstrzymało te wszystkie koszmarki, które powstają u nas w kraju…

Następnie nasze kroki skierowaliśmy na królewski trakt, czyli Karl Johans gate. Jest to najbardziej reprezentacyjna ulica Oslo, zbudowana w 1814 roku na rozkaz szwedzkiego regenta Karola XIV Jana, łącząca w prostej linii Dworzec Główny z zamkiem.

Zaraz przy dworcu zapoznaliśmy się z tygrysem. 🙂

IMG_0007

Potem poszliśmy zobaczyć Oslo Domkirke, czyli aktualną katedrę uroczyście otwartą w 1697 roku. Niestety, tego dnia nie udało nam się zajrzeć do środka, gdyż akurat odbywało się mycie okien i kościół, wyjątkowo, był otwierany dla zwiedzających dopiero po południu. Niemniej uwieńczyliśmy na zdjęciach tykający od 1718 roku zegar (notabene, najstarszy działający zegar w Norwegii) oraz ukwiecony, niestety komercyjnie, plac naprzeciwko katedry wraz z pomnikiem Christiana IV.

Po drodze minęliśmy jeszcze Grand Hotel, neogotycki Storting (budynek parlamentu norweskiego), zajrzeliśmy również do sklepu z czekoladą Freia, gdzie zakupiliśmy coś na przegryzkę (polecam Wam gorąco ich mleczną czekoladę!). Przeszliśmy parkiem Eidsvoll, parkiem Studenterlunden, minęliśmy Teatr Narodowy oraz klasycystyczny budynek uniwersytetu. Całą drogę pieliśmy się lekko w górę w kierunku zamku.

Pałac Królewski  (Kongelige slott) – oficjalna siedziba norweskich monarchów – został wzniesiony w 1848 roku w klasycystycznym stylu. Otacza go piękny pałacowy park (Slottsparken), który w całości jest otwarty dla zwiedzających. Warto zrobić sobie w nim chwilę przerwy dla odetchnięcia. Niestety, nie udało nam się zobaczyć uroczystej zmiany warty, ale straż królewska była oczywiście na miejscu (także w wydaniu płci pięknej 🙂 ).

Po chwilowym odpoczynku ruszyliśmy w kierunku ratusza oraz dzielnicy Aker Brygge, które już znajdują się bezpośrednio nad zatoką Oslofjorden.

Wnętrze miejskiego ratusza (Rådhuset) jest udostępnione dla zwiedzających. Niestety, my dotarliśmy tam dosłownie pięć minut przed zamknięciem. Zdążyliśmy zerknąć jedynie na salę główną (The Great Hall), w której co roku jest wręczana Pokojowa Nagroda Nobla. Pięć minut to jednak za mało na to, by ocenić czy warto Wam polecić wejście do środka. Podejrzewam, że jeżeli sami wrócimy do Oslo, to wybierzemy się tam jeszcze raz. Sam budynek ratusza był budowany przez 35 lat (plany zostały zaprezentowane w roku 1915, zaś otwarcie jego podwoi nastąpiło dopiero w 1950 roku), jest dość masywny i widoczny z wielu miejsc w centrum. Moim skromnym zdaniem pasuje do otoczenia oraz swojego położenia (pomiędzy twierdzą a budynkami dawnej stoczni).

IMG_0018

Dzielnica Aker Brygge, dawne tereny stoczni, należąca kiedyś  raczej do biedoty i robotników, jest aktualnie najmodniejszym punktem w mieście, w którym się „bywa”. To właśnie tu znajdziecie najmodniejsze (i najdroższe…) knajpy w mieście! Ponadto same budynki zostały przeistoczone w niezwykłe centrum mieszkaniowe i handlowe i szczerze mogę powiedzieć: tym którzy tam mieszkają można śmiało pozazdrościć. Oslo tutaj znów pokazało, że stoi świetną architekturą – tym razem jeżeli chodzi o adaptację starych, poprzemysłowych budynków i przeistoczenie ich w nowoczesne perły architektoniczne.

Przedostatnim punktem naszego pierwszego dnia była twierdza Akershus. Na początku mieliśmy problem z wejściem, gdyż tego dnia rozpoczynał się Oslo Middle Ages Festival i trwały właśnie ostatnie przygotowania (poza tym samo wejście na festiwal było płatne). Jednakże przekazano nam, że możemy wejść na część twierdzy z boku (od strony restauracji). Tak też uczyniliśmy. Na terenie twierdzy nikt nas już nie zatrzymywał i udało nam się obejść większą część jej terenu. Jeszcze kiedyś musimy tam wrócić, by zobaczyć wnętrze twierdzy i bardziej zapoznać się z jej 800-letnią historią. Tymczasem skończyło się głównie na podziwianiu jej murów oraz widoków z wysokości jej wałów.

Z ciekawostek: twierdza, od momentu powstania w 1304 roku, była celem ataków dziewięć razy, ale nigdy nie została zdobyta.

Ostatnim przystankiem naszego dnia w centrum był budynek Opery, na który można się wspiąć po jego dachu, a raczej spokojnie wejść, by następnie podziwiać widoki. Niestety, my tam za długo już nie pobyliśmy, gdyż na wieczór zerwał się mało przyjemny chłodny wiatr. Choć trzeba przyznać, że nie wszystkim to przeszkadzało, i w jednym z najbardziej osłoniętych narożników budowli trwały w najlepsze zajęcia z jogi.

Swoją drogą, budynek Opery stoi dokładnie naprzeciwko Barcode buildings, również należąc do tych nowoczesnych budowli, które zapamiętuje się na dłużej. Wcale nie dziwią zdobyte przez niego najważniejsze nagrody w dziedzinie architektury.

I tego dnia nasze zwiedzanie dobiegło końca. Udało nam się zrobić swego rodzaju koło wokół najważniejszych punktów w centrum Oslo. Z naszą trasą (mniej więcej) możecie zapoznać się tutaj.

Polskie tęsknoty za wielkim musicalem

WszystkoGra

Jako wielbicielka musicali nie mogłam przegapić przedpremierowego pokazu #WszystkoGra z udziałem jego reżyserki Agnieszki Glińskiej, aktorów: Sebastiana Fabijańskiego i debiutującego na dużym ekranie Bartosza Żuchowskiego oraz Agustina Egurrolli – twórcy choreografii. Pokaz został zorganizowany w Multikinie Malta w Galerii Malta w Poznaniu.

Przed filmem zaprezentowały się tancerki z Egurrola Fitness Club, a na film zaprosili nas trener personalny (??) z tegoż klubu oraz reprezentant Multikina Malta informując, że spotkanie z aktorami oraz reżyserką odbędzie się zaraz po projekcji.

Bohaterkami #WszystkoGra są trzy kobiety: babcia Zosi (Stanisława Celińska), jej córka Roma (Kinga Preis) oraz Zosia (Eliza Rycembel). Mieszkają cały czas pod jednym dachem w pięknym domu na Żoliborzu i toczą ze sobą coś na kształt międzypokoleniowej wojny. Nic dziwnego, że Zośka nie może się już doczekać swojego wyjazdu na staż w Londynie. Niestety, sprawa się komplikuje. Na przeszkodzie jej planom staje eksmisja grożąca kobietom, jako że dom rzekomo prawnie do nich nie należy.

Gdzie w tym wszystkim miejsce na muzykę? Okazuje się, że jest go całkiem sporo. Piosenki Jonasza Kofty, Tomasza Lipińskiego, Agnieszki Osieckiej, Marka Grechuty czy Maanamu (i wielu, wielu innych) towarzyszą bohaterkom w codziennym życiu podkreślając emocje oraz zmiany w nich zachodzące. #WszystkoGra jest trochę o miłości, za którą wszyscy tęsknimy, o poszukiwaniu szczęścia poprzez wsłuchanie się w siebie, ale przede wszystkim o więzach rodzinnych i przyjaźni, które są niezmiernie ważne i należy je pielęgnować. Nie ma przy tym zbyt dużego przesłodzenia. Wszystko równoważy prawdziwy problem społeczny, który rozgrywa się aktualnie na arenie wielu miast Polski (również w Poznaniu): prywatni właściciele kamienic/gruntów oraz władze miasta sprzedają ziemię oraz lokale prywatnym inwestorom nie patrząc ani na społeczność zamieszkującą te tereny ani na realne potrzeby mieszkańców, którym naprawdę nie jest potrzebne kolejne centrum handlowe…

A zatem: czy debiutującej na dużym ekranie Agnieszce Glińskiej (uznanej reżyserce teatralnej) udało się stworzyć dobry musical? Moim zdaniem tak. Nowe aranżacje znanych piosenek są ciekawe, a niejednokrotnie bardzo dobre (co najmniej jedna jest nawet lepsza od oryginału). Za ten stan rzeczy odpowiedzialny jest młody kompozytor – Paweł Lucewicz (nie tak dawno stworzył muzykę do filmu Carte Blanche czy serialu Prokurator, a na gruncie teatralnym współpracował z takimi reżyserami jak Robert Gliński czy Jerzy Satanowski). Mogę Was tu zapewnić, że często będę wracała do ścieżki dźwiękowej z tego filmu oraz gorąco ją polecam. Co najbardziej istotne, wszyscy aktorzy zaangażowani do tej produkcji podołali głosowo, a największe brawa należą się Elizie Rycembel, po której nie spodziewałam się takiego głosu. Aktorsko też jest dobrze. Na pewno film dużo zyskał z obecności Stanisławy Celińskiej oraz Kingi Preis, które zawsze są klasą samą w sobie.

Oczywiście, nie obyło się bez potknięć. Przede wszystkim miejscami na ekranie panuje chaos. Zanim widz na dobre zorientuje się co się właśnie wydarzyło, nagle znajduje się w piosence i zastanawia się: ale jak? dlaczego? co ominąłem? Jest tego po prostu zbyt dużo. Co najmniej 3-4 utwory można było spokojnie wyciąć, gdyż nie wnosiły nic istotnego do fabuły, a generowały jedynie niepotrzebne zamieszanie (np. „Warszawa” czy „Ale wkoło jest wesoło”). Dziwi również brak piosenek powstałych po 1991 roku, mimo że obraz rozgrywa się współcześnie, a główną bohaterką jest dwudziestoparoletnia Zosia – trudno uwierzyć, by przez jej życie nie przewinęły się takie zespoły jak Hey, Wilki, Pidżama Porno czy, jeszcze bardziej aktualnie, Mela Koteluk bądź Monika Brodka. Poza tym, po projekcji, nie poczułam efektu „wow”. Film był dobry, ale nie było wielkich zaskoczeń, zabrakło mi też chociaż jednej sceny, która wbiłaby mnie w fotel, czy to za sprawą aranżacji czy choreografii.

Czy warto pójść na #WszystkoGra do kina? Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Jeżeli lubicie musicale oraz chcecie wpierać polskie kino gatunkowe, to tak. Dobrze by było, by przemysł filmowy w Polsce odebrał sygnał, że chcemy więcej takich filmów. Jednak z drugiej strony muszę z przykrością przyznać, że #WszystkoGra nie jest filmem, który dużo straci po przeniesieniu go na mały ekran. Może jedynie panoramiczne zdjęcia Warszawy na tym lekko ucierpią (za którymi stoi świetny polski operator – Paweł Edelman), bo jeżeli chodzi o choreografię to, niestety, szału nie ma.

Na spotkaniu po filmie nie pojawił się Agustin Egurrolla, a jego nieobecność nie została w żaden sposób usprawiedliwiona. Wszyscy zachowywali się tak, jakby tak właśnie miało być, tylko jeden fotel trochę raził pustką. Szkoda, gdyż wszyscy wiedzą, jak istotną rolę w musicalach odgrywa choreografia i byłoby ciekawą rzeczą usłyszeć o niej co nieco od jej twórcy. Niezapowiedzianym gościem na sali był natomiast Klaudiusz Frydrych – wiceprezes Scorpio Studio (producent filmu).

Dopiero podczas tej rozmowy, już po projekcji, dowiedziałam się, że pomysł na film wyszedł właśnie od producentów (model producencki znany nam z Hollywood), którzy po szkicowym zarysowaniu tego, co chcą osiągnąć, zaczęli kompletować zespół osób, które zrealizują ich projekt (napiszą scenariusz, wyreżyserują, wymyślą choreografię, zrobią zdjęcia, zagrają). Zebrano zatem ekipę, która podjęła się realizacji. Stąd wynika zapewne brak „dotyku” autorskiego w tym obrazie oraz włożonego weń serca. Ma się wręcz wrażenie, że wszyscy, którzy wzięli udział w urzeczywistnieniu tego pomysłu i przeniesieniu go na duży ekran, robili to z pewnym dystansem, odpowiedzialnością tylko za swoją część, przez co (paradoksalnie, patrząc na tytuł filmu) nie wszystko zgrywa się ze sobą. Jakże odmienne uczucie miałam przy Córkach dancingu! Zresztą, sama Agnieszka Smoczyńska nieraz w wywiadach potwierdzała, że film był realizowany przez niezwykle zaangażowaną grupę bliskich sobie osób.

Wracając do #WszystkoGra: jednym z zamierzeń Agnieszki Glińskiej było pokazanie poprzez film wiary, jaką pokłada w młodych i pokazanie, że młode pokolenie stać na wiele, a poważne kwestie społeczne są dla nich tak samo istotne, jak i dla ich rodziców czy dziadków. Myślę, że to znamienna myśl, zważywszy również na fakt, że film ten w głównej mierze należy do młodej aktorki – Elizy Rycembel – jednej z najlepiej zapowiadających się polskich aktorek (zaraz obok Michaliny Olszańskiej).

WszystkoGra1

fot. NEXT FILM

A na koniec, po spotkaniu, udało mi się jeszcze podejść do Pani Agnieszki i pogratulować jej dobrego filmu, gdyż naprawdę mnie cieszy, kiedy twórcy w Polsce sięgają po kino gatunkowe (dodatkowo: muzyka z #WszystkoGra będzie mi jeszcze długo towarzyszyła, co sprawia mi dużą radość).

Ocena3,5/5

I mała refleksja na koniec:pisząc ten wpis sama nie mogę uwierzyć, że trzeci polski film na którym byłam w tym roku w kinie jest musicalem, a zatem należy do ukochanego tak przeze mnie gatunku. Nigdy nie sądziłam, że dożyję takich czasów. 😉 I chociaż na razie jest dobrze, to zapala mi się czerwona lampka, gdyż przemysł filmowy w naszym kraju od wielu już lat kieruje się pewną zasadą: jak coś się sprzedaje, to dawajmy to widzom aż do przesytu. Komedie romantyczne? Świetnie! Kręcimy jedną za drugą, a to że większość z nich jest kalką filmów brytyjskich czy amerykańskich, to już nie ma znaczenia… Borys Szyc, Tomasz Karolak są na topie? Niech grają w każdej produkcji na dużym i na małym ekranie, aż zaczną wyskakiwać z lodówki w każdym domu (przy czym świat zapomni, że oni są naprawdę dobrymi aktorami). Smutne, ale prawdziwe. Mam tym samym nadzieję, że nie czeka nas nagły przypływ musicali kręconych nad Wisłą, tym bardziej że, niestety, tendencja jest spadkowa.

1, 2, 3… Start!

Pomysł na to miejsce w sieci dojrzewał w mojej głowie przez parę lat. W międzyczasie zajmowałam się podróżami, wolontariatem oraz układaniem życia osobistego. Uwierzcie na słowo: mało czasu zostawało na to, by zasiąść na spokojnie przed komputerem! Ale w końcu czuję, że nadszedł czas na to, by zacząć pisać własne teksty, a także stworzyć dla siebie przestrzeń, w której będę mogła zapisywać wszystkie te rzeczy, które mnie pasjonują. Zdaję sobie sprawę, że będzie to istny miszmasz, stąd nazwa bloga „Madziowy Chaos”. W założeniu będzie o filmach, trochę o książkach, podróżach małych i dużych, a co jakiś czas może uda się zamieścić jakiś przepis. 🙂