Magiczny świat rozrywki w musicalowym rytmie

 

Greatest_Showman

Niemal rok temu na Madziowym Chaosie pojawił się ostatni wpis. I dotyczył, a jakże, obejrzanego przeze mnie (z wielkimi nadziejami) musicalu La La Land. Nowy, 2018 Rok, rozpocznę znów od recenzji musicalu – tym razem The Greatest Showman (Król rozrywki).

Idąc do kina na początku stycznia nie miałam żadnych oczekiwań. A nawet, pisząc szczerze, spodziewałam się zawodu, pomimo Hugh Jackmana w obsadzie. I co? Totalne zaskoczenie! Zostałam porwana od pierwszej sceny po ostatnią i nie mam pojęcia jak i kiedy minęły niemal 2 godziny. Jeżeli chcecie obejrzeć (niemal) klasyczny musical, to naprawdę wybierzcie się do kina na The Greatest Showman póki jeszcze można. I po prostu… bawcie się zapominając (choć na chwilę) o prawdziwym świecie.

The Greatest Showman opowiada   historię człowieka, który miał marzenie i nie bał się go zrealizować. Tym człowiekiem był Phineas Taylor Barnum (Hugh Jackman) – amerykański przedsiębiorca, showman, businessman – innymi słowy, legenda przemysłu rozrywkowego i reklamy po drugiej stronie oceanu. W filmie poznajemy go jako biednego chłopaka, syna krawca, który już w młodym wieku posiada ambitny plan zarówno na życie, jak i zdobycie ukochanej Charity (Michelle Williams) – córki bogatego Nowojorczyka. Początkowo wspólne życie Państwa Barnum nie wygląda zbyt kolorowo, ale przedsiębiorczy ojciec dwójki córek wpada na pomysł zakupu „muzeum osobliwości”, a wkrótce martwe eksponaty zastępuje żywymi. I tak do jego „zespołu” dołączają: karzeł Tom Thumb (Sam Humphrey), kobieta z brodą Lettie Lutz (Keala Settle), czarnoskóre rodzeństwo akrobatów Anne (Zendaya) oraz W.D. Wheeler (Yahya Abdul-Mateen II), a także mnóstwo innych „dziwolągów” (np. człeko-pies, mężczyzna wytatuowany od stóp do czubka głowy, człowiek-gigant). Wspólnikiem Barnuma w interesach  niebawem zostaje bogaty Phillip Carlyle (Zac Efron), znudzony życiem wyższych sfer Nowego Jorku. W powstałym cyrku P. T. Barnuma wszyscy wyżej wymienieni odnajdują dom, jakiego nigdy nie mieli, a występy dla publiczności, przybywającej chociażby z ciekawości, umożliwiają im zaprezentowanie siebie z jak najlepszej strony.

Powyższy opis filmu brzmi oczywiście jak doskonale wykreowana iluzja, jeżeli dodamy jeszcze do tego, że akcja filmu rozgrywa się w XIX wieku. I tak oczywiście jest. The Greatest Showman jest fikcją od początku do końca. Nawet postać P.T. Barnuma wykreowana przez Hugh Jackmana z niezwykłą charyzmą ma niewiele wspólnego z prawdziwym P.T. Burnamem, który był dużo większym hochsztaplerem. Lecz twórcy filmu nigdy nie twierdzili, że tworzą biografię Barnuma, a jedynie zainspirowali się prawdziwą historią, by oczarować widzów. I to im się doskonale udaje, dlatego nie zamierzam się czepiać niezgodności z prawdą historyczną (nota bene, życie P.T. Barnuma jest gotowym scenariuszem na bardzo ciekawy i poruszający ważkie tematy film) czy innych rzeczy, które (gdybym miała być obiektywna) znacznie obniżyłyby moją ocenę.

To, co ją podwyższa to świadomość, że reżyserem The Greatest Showman był debiutant – Michael Gracey. Może mu to wróżyć niezłą karierę, o ile film zostanie doceniony, a także pozostawia nadzieję, że nie pokazał nam jeszcze pełni swoich możliwości. Scenariusz napisali „weterani” czyli Jenny Bicks (Seks w wielkim mieścieSłowo na R) oraz Bill Condon (DreamgirlsPan Holmes), a zatem pomimo uproszczonej fabuły – wszystko gra. Bez dwóch zdań aktorsko spisał się Hugh Jackman (wiadomo!), Zac Efron udowadnia, że jak chce, to potrafi, a Zendaya… czas pokaże, niemniej w tym filmie wygląda na pewno pięknie. Trochę blado wypada Michelle Williams, ale też i przypisana jej rola jest mało porywająca. Kinowym objawieniem jest za to Keala Settle – doświadczona aktorka broadwayowska.

To, co chcę Wam przekazać, to to, że The Greatest Showman jest filmem, który przywraca wiarę w magię kina. Na dwie godziny pozwala zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości, naszych problemach i zabiera nas tam, gdzie to wszystko nie istnieje, a wręcz przeciwnie, rozbrajająco łatwo można naprawić popełnione błędy czy wybaczyć wyrządzone krzywdy. Magia roztaczająca się na ekranie przypomina tę, którą można było oglądać w Moulin Rouge Baza Luhrmanna (choć daleko tu do perfekcji tego obrazu, który dla mnie jest pod tym względem niedoścignionym arcydziełem). Piosenki, stworzone przez duet Pasek and Paul, doskonale wpisują się w tę rzeczywistość. I, choć może są ciut za popowe jak na mój gust, to nadal do mnie przemawiały na ekranie i przemawiają teraz, poza nim. Ulubione? The Greatest Show (wykonane przez całą filmową ekipę), A Million Dreams (Ziv Zaifman, Hugh Jackman, Michelle Williams), The Other Side (Hugh Jackman, Zac Efron), This Is Me (Keala Settle; piosenka otrzymała Złoty Glob w swojej kategorii) oraz Rewrite The Stars (Zac Efron, Zendaya; ten numer szczególnie polecam w wersji z obrazem, bo choreografia w tej balladzie to majstersztyk).

Na koniec coś do refleksji. Pomimo całego optymizmu (czy lukru i cukru) płynącego z ekranu rozważania po filmie, wbrew pozorom, nie były wcale takie pogodne. Zaczęłam bowiem myśleć o tym, że oto zobaczyłam jak narodził się przemysł rozrywkowy, jaką łatwość mają niektórzy ludzie do manipulowania innymi oraz jak ciekawość steruje tym, co chcemy obejrzeć. Filmowy P.T. Barnum twierdzi, że chodzi o dawanie ludziom uśmiechu i poczucie szczęścia, prawdziwy był mistrzem sterowania ludźmi, by widzieli oni to, co chce w danej chwili pokazać. Ponadto w czasach, gdy nadal dużą oglądalność mają wszelkie talent shows czy Azja Express trudno się wyzbyć myśli, że wbrew pozorom od XIX wieku tak wiele się nie zmieniło. Niemniej, jak mówi jedna z piosenek w The Greatest Showman : „We can live in a world that we design” – „Możemy żyć w świecie, który sobie wykreujemy”, a zatem to od nas samych zależy co i dlaczego chcemy oglądać, a także jaka rzeczywistość będzie nas otaczała w przyszłości. Ja, wraz z Nowym Rokiem, życzę wszystkim, aby było tak pozytywnie, kolorowo i tanecznie jak w Królu rozrywki!

Ocena: 4/5

#2 Filmowy tydzień

Po Nowym Roku chwila odpoczynku… i świat wokół mnie znów nabrał tempa. Co za tym idzie, mniej czasu pozostaje na filmowe opowieści, ale dla chcącego nic trudnego. W minionym tygodniu zaserwowałam sobie dwie nowości oraz jeden obraz z tzw. złotego wieku Hollywood.

Joy

Joy

Do trzech razy sztuka… Poprzednie dwa filmy tria David O. Russel (reżyser) + Jennifer Lawrence (pierwszoplanowa aktorka) + Bradley Cooper (aktor) były udane. Mowa oczywiście o licznie nagradzanym Poradniku pozytywnego myślenia (2012) oraz American Hustle (2013). Niestety, tendencja spadkowa została utrzymana i tym razem dostaliśmy film zarówno słaby, jak i… nudny. Nie ma w nim ani wielkiego dramatu, ani komedii, ani nawet zwykłej tytułowej radości (ang. joy). Są za to dziury w fabule, drewniana gra aktorska w niektórych scenach (mimo zaangażowania naprawdę dobrych aktorów) oraz ugrany scenariusz pt. „od zera do milionera”. Jasne, jest to napisana przez życie historia wynalazczyni mopa – Joy Mangano – która w wyniku sukcesu tego wynalazku staje na czele imperium finansowego i zapewne nie powinnam oczekiwać fajerwerków. Od takich produkcji oczekuję jednak porywów serca, może trochę grania na emocjach, w wyniku którego jednak zaczynam sekundować głównemu bohaterowi. Odnośnikiem dobrego filmu, który jest oparty na powyższym schemacie, jest dla mnie W pogoni za szczęściem z 2006 roku z Willem Smithem w roli głównej. W Joy zabrakło tego wszystkiego, co dostałam w tamtym obrazie. Jakimś jednak cudem Jennifer Lawrence za wcielenie się w Joy Mangano po raz trzeci dostała Złotego Globa dla Najlepszej aktorki w komedii lub musicalu, a także została nominowana do Oscara. Mam wrażenie, że jest to spowodowane jedynie siłą rozpędu i przyzwyczajeniem. Występ w Joy na pewno nie był szczytem jej możliwości. Nie dziwi za to brak nagród w innych kategoriach. Konkluzja na koniec? David O. Russel  zdecydowanie stracił formę.

Ocena: 2/5

13 Rue Madeleine

13_rue_madeleine_poster

© 1947 Twentieth Century-Fox Film Corporation

Stary film szpiegowski odwołujący się do działalności amerykańskiego Biura Służb Strategicznych (Office of Strategic Services – OSS) podczas II wojny światowej [w filmie, ze względu na na obiekcje względem scenariusza, jakie wniósł William Donovan – twórca i dyrektor OSS – biuro występuje pod zmienioną nazwą: O77]. 13 Rue Madeleine jest jednym z mniej znanych amerykańskich filmów podejmujących powyższą tematykę. A szkoda, bo można w nim zobaczyć doborową obsadę (m. in. Jamesa Cagneya czy francuską aktorkę Annabellę), sam film został zaś wyreżyserowany przez znakomitego reżysera złotego wieku Hollywood – Henry’ego Hathawaya. I chociaż miejscami aktorstwo wydaje się być bardziej teatralne niż filmowe, to nadal pozostaje poczucie, że mamy do czynienia z klasykiem tamtych czasów. Film polecam przede wszystkim wielbicielom kina szpiegowskiego czy estetyki noir.

Ocena: 3/5

Nienawistna ósemka

Nienawistna_osemka

Siedmiu mężczyzn i ona jedna…, a w tle szalejąca śnieżyca.

Nienawistna ósemka to najnowszy film Quentina Tarantino, który ponownie sięga po western. Mamy tu zatem dzikie ostępy XIX-wiecznej Ameryki oraz klasycznych dla tego gatunku bohaterów: dwóch łowców głów, szeryfa, kata, poganiacza bydła, generała z czasów wojny secesyjnej (walczącego po stronie Konfederacji), opiekuna zajazdu oraz jedyną w tym zestawieniu kobietę – Daisy Domergue – poszukiwana żywa lub martwa (cena: $ 10 000). To tytułowa ósemka. I wszystko w tym filmie byłoby może takie wzorcowe, gdyby za reżyserią i scenariuszem nie stał właśnie Tarantino.

Nienawistna_osemka2

Tak naprawdę, pod płaszczykiem westernu, dostajemy… dekonstrukcję gatunku oraz swego rodzaju rozliczenie z wojną secesyjną (czas akcji Nienawistnej ósemki to kilka lat po tej wojnie, w której większość bohaterów brała czynny udział po stronie Unii bądź Konfederacji). Ponadto akcja filmu rozwija się powoli, często przypominając raczej kryminalną opowieść w stylu Agathy Christie niż wartkie kino czysto rozrywkowe, by pod koniec zaserwować nam kino klasy B w jego czystej postaci. A wszystko to z dużą dawką przemocy oraz (niemal w tym samym czasie) specyficznego humoru Quentina Tarantino.

Osobiście się nie zawiodłam. Po raz kolejny zostałam zaproszona na wysmakowaną intelektualnie ucztę, do tego okraszoną muzyką Ennio Morricone (nominacja do Oscara) oraz pełnokrwistymi kreacjami aktorskimi. Poza tym Nienawistna ósemka to także po trochu powrót do korzeni samego reżysera. Jeżeli zatem, tak jak ja, zakochaliście się swego czasu we Wściekłych psach, to jestem więcej niż pewna, że i najnowsza produkcja Tarantino przypadnie wam do gustu.

Ocena: 4/5