„La La Land”, czyli: co zrobisz, żeby spełnić swoje marzenie?

la_la_land

La La Land swoją premierę w polskich kinach miało 20-go stycznia. 23-go stycznia byłam na nim w kinie. Dlaczego piszę recenzję tak późno? Bo byłam, i nadal jestem, zła na jego twórców, krytyków filmowych i wszystkich tych, którzy obiecali mi niesamowity musical, taki jak za dawnych lat. Zdecydowanie nie to zobaczyłam w kinie.

Na wstępie mogę przyznać jedno: La La Land, w przeciwieństwie do produkcji jemu podobnych powstałych w ostatnim czasie, od samego początku nie krył, że będzie musicalem. Scena otwierająca film postawiła zaś przysłowiową kropkę nad „i”. A zatem, kochani widzowie, bawmy się, tańczmy, śpiewajmy i wzruszajmy wraz z naszymi bohaterami: Sebastianem i Mią. Oto przed Wami musical, który przypomni Wam o co w tym gatunku chodzi! Czy aby jednak na pewno…?

Historia La La Land rozgrywa się w Los Angeles – mieście, do którego z całych Stanów  (i nie tylko) przybywają młodzi ludzie, którzy chcą spełnić swoje marzenia, odnieść sukces i wspiąć się na sam szczyt swojej kariery (tak swoją drogą „La-la-land” to jedno z przezwisk Los Angeles). Dokładnie to pragnienie wyraża piosenka otwierająca film, Another Day of Sun, a przywołująca mi na myśl musical Fame z 1980 roku, stylizacją jednak odwołująca się bardziej do złotej ery musicalu (szczególnie, że cała scena nakręcona była za pomocą jednego ujęcia tak, ja to robiono przed laty, i faktycznie robi to na widzu wrażenie).

Pod koniec tej pierwszej sceny następuje pierwsze zetknięcie się ze sobą Mii (Emma Stone) i Sebastiana (Ryan Gosling): obydwoje stoją w korku na autostradzie, tyle że w momencie, gdy auta zaczynają ruszać, Mia – starająca się wykorzystać każdą wolną chwilę na przygotowanie się do udziału w kolejnym castingu – nie orientuje się w sytuacji i nadal stoi. Sebastian ją wymija, dając jej jasno do zrozumienia co o tym sądzi. Następnie podążamy za Mią… Od razu w tym miejscu przyznaję, że lubię zabieg, w jaki poznajemy głównych bohaterów. Widzimy ten sam dzień, dokładnie od tego momentu (ich pierwszego „spotkania”) najpierw z perspektywy Mii, a następnie Sebastiana. Niestety, bardzo słabym punktem tej części filmu jest wprowadzenie bohaterów, którzy już nigdy później na ekranie się nie pojawią, jak przyjaciółki Mii (ok, pojawią się na sekundę (!) w scenie pisania sztuki przez Mię oraz po jej premierze) czy siostra Sebastiana. Postacie te zjawiają się jedynie na potrzeby dwóch scen: siostra – by przybliżyć nam sylwetkę Sebastiana, przyjaciółki – by mógł zaistnieć kolejny numer muzyczny Someone in the Crowd. Szczerze? Kiepski zabieg.

Po części zapoznawczej pomiędzy Mią a Sebastianem następuje etap w stylu „ząb za ząb”, by  płynnie przejść do kolejnego rozdziału: „kto się czubi, ten się lubi”. I wydaje się, że bajka gotowa, szczególnie że w filmie następują kolejne numery muzyczne nawiązujące do klasyki: A Lovely Night czy Planetarium.

W połowie filmu nieoczekiwanie następuje ostre cięcie w wątku pt. „My”. Związek Mii i Sebastiana powoli zaczyna się rozpadać. Obydwoje, dążąc osobno do sukcesu, zaczynają rozmijać się w codziennym życiu. Żadne z nich nie jest oparciem dla drugiej strony. Kulminacja następuje, gdy Sebastian zamiast premiery monodramu Mii wybiera sesję zdjęciową zespołu, w którym gra. Ostatecznie jednak to właśnie zerwanie pozwala im ponownie odżyć i podążyć z nową energią za, wydawałoby się już utraconymi, marzeniami. Nie ma tu dramatu. Jest podjęcie w pełni racjonalnej decyzji: każde z nas musi skupić się na sobie i swoim celu, a dalej to już się zobaczy.

Film kończy ponowne spotkanie Mii i Sebastiana po pięciu latach od rozstania. I tu muszę przyznać, że ostatnia scena ukazująca „co by było, gdyby…” wgniotła mnie w fotel. Jest świetna! Niestety, te ostatnie 7-8 minut nie wystarczyły, by La La Land Damiena Chazella oczarował mnie i bym mogła uznać je za arcydzieło.

W moim odczuciu, pomimo (a może właśnie dlatego…?) że uwielbiam musicale i jest to mój ukochany gatunek filmowy, La La Land okazał się przeciętnym filmem z paroma  dobrymi scenami. Jeżeli bowiem zastanowimy się choć trochę, to czy ten obraz jest faktycznie kamieniem milowym w gatunku? Czy też po prostu miał szczęście i trafił na właściwy sobie czas? Niezależnie od mojej subiektywnej oceny La La Land już zapisało się w historii kinematografii zdobywając rekordową liczbę nagród i nominacji: 7 Złotych Globów (wcześniej rekord należał do Lotu nad kukułczym gniazdem oraz Midnight Express, które zdobyły po 6 statuetek) oraz 14 nominacji do Oscara (do tej pory tyle nominacji zdobyły tylko dwa tytuły: Titanic oraz Wszystko o Ewie; tegoroczna gala rozdania nagród już za chwilę: w nocy z 26 na 27 lutego naszego czasu).

la_la_land1

O co zatem chodzi w moim oburzeniu z pierwszego akapitu? Otóż Chazelle, owszem, pod paroma względami zrealizował klasyczny musical, ale pod innymi zupełnie zerwał z jego założeniami. Po pierwsze, do połowy filmu wszystko idzie zgodnie z zasadami gatunku: sceny muzyczne „wyrastają” nagle, a chłopak zdobywa dziewczynę. Jednak w drugiej połowie numery muzyczne dzieją się już na scenie przed publicznością i mają pełne uzasadnienie fabularne, co bardziej przypomina już film muzyczny, a nie musical. Po drugie: zakończenie. Ostatecznie nasz bohater nie zdobywa dziewczyny, ale wiemy, że narodziła się nowa gwiazda kina (w myśl „a star is born”), a sukces został osiągnięty zarówno przez Mię, jak i Sebastiana. A zatem ostatecznie otrzymujemy film o współczesnych ludziach żyjących w mieście snów, marzeń dążących do ich spełnienia z domieszką nostalgii za czymś, co już minęło i nie wróci. Może to w tym tkwi siła tego obrazu…? Jednak zabrakło mi w tym wszystkim jakiejś głębi i prawdziwych uczuć między bohaterami. Ostatecznie miałam wrażenie, że wszystko jest tu dokładnie przemyślane, zaplanowane i tak bardzo racjonalne. A czy tak faktycznie postępują prawdziwi marzyciele…?

I na zakończenie apel: oglądając La La Land pamiętajcie, że tak naprawdę już od 45 lat musical pokazuje widzom, że może opowiadać o poważnych sprawach i nie musi kończyć się happy endem.  Nie zapominajcie o Kabarecie Boba Fossa, New York, New York Martina Scorsese, Hair Miloša Formana, Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera, Moulin Rouge Baza Luhrmana czy nawet naszych polskich, aktualnie całkiem świetnie sobie poczynających w Stanach Córkach dancingu Agnieszki Smoczyńskiej. Żeby mógł powstać La La Land wpierw Damiene Chazelle musiał zapoznać się z całym dorobkiem musicalu, co niewątpliwie uczynił, w przeciwieństwie do wielu krytyków tak bezkrytycznie chwalących jego produkcję.

Ocena: 3,5/5

PS. Jeżeli chcecie zobaczyć czy udało Wam się wychwycić wszystkie odniesienia do innych musicali, które pojawiają się w La La Land, to zobaczcie poniższe zestawienie:

#5 Filmowy tydzień: „Mustang”; „Wydział 13”; „Pokój”; „Gang Wiewióra”

Ostatnio był u mnie sezon na różnorodność oraz, w przewadze, na kino raczej trudne, a także z różnych zakątków świata. Udało mi się przy tym obejrzeć dwa filmy, o których jeszcze całkiem niedawno było głośno za sprawą podejmowanych tematów oraz nagród przez nie zdobytych. Mowa o turecko-francuskim Mustangu oraz koprodukcji irlandzko-kanadyjskiej jaką jest film Pokój.

Mustang

Mustang

Mustang jest filmem o utraconej wolności: opowiada historię pięciu sióstr, które wskutek jednej  niewinnej (jak się okazuje – jedynie ich zdaniem) zabawy nad morzem wywołują lokalny skandal, a one same przeobrażają się nagle z dziewczynek w panny na wydaniu. W ich życie wkracza gwałtownie turecka tradycja i konserwatywne zasady, a znikają dostępne do tej pory przedmioty „niebezpiecznego” świata zachodu: komputery, komórki, dżinsy, t-shirty. W ich zastępstwie pojawiają się bure sukienki, a dom zapełnia się domowymi gospodyniami udzielającymi siostrom lekcji gotowania. Osaczone dziewczyny starają się na różne sposoby odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Obraz widziany przez nas na ekranie oscyluje między szarością a pastelami, zaś opowiadana historia między niewinnością a grzechem. Mustang zadaje przy tym wszystkim wiele pytań, ale daje mało odpowiedzi. Można przypuszczać, że właśnie to jest siłą tego filmu: skłania nas do refleksji nad współczesną Turcją, która jest pełna skrajności, a także do pytania, czy przedstawiona fabuła miałaby szansę potoczyć się inaczej, gdyby rodzice sióstr żyli oraz czy gdzieś istnieje szczęśliwe zakończenie dla którejkolwiek z przedstawionych bohaterek?

Film mnie zachwycił przede wszystkim zdjęciami. Pastelowe chwile radości złapane przez oko kamery w promieniach słońca… Przez moment i mi się zdawało, że czuję je na swojej skórze i jestem tam obok, a nie w ciemnej sali kinowej. Chwilę potem, w kontraście, widzimy ciemne pokoje, kraty w oknach i ciągle wzrastający mur. To robiło wrażenie i wywoływało emocje.

Niestety, fabularnie jest średnio. W Mustangu jest za dużo stereotypów oraz przewidywalności. Razi również tak wyraźne nawiązanie do Przekleństw niewinności  Sofii Coppoli (pięć sióstr złapanych w pułapkę rodzinnych tradycji) i choć historia toczy się zupełnie inaczej i jest pokazywana z innej perspektywy, to pozostaje pytanie: czy naprawdę nie można było obejść się bez tak wyraźnie podobnego zaczepienia fabuły, które samoistnie nasuwa porównywanie obu filmów?

Nie ulega wątpliwości, że Mustang jest filmem, który pomaga podjąć dyskusję o roli kobiety w Turcji: kraju, który z jednej strony stara się pokazać swoją europejskość i dążenie do zachodnich standardów, a z drugiej strony silnie rządzi nim tradycja, a małżeństwa zawierane przez nieletnie nadal stanowią 1/3 wszystkich zawieranych w tym kraju małżeństw. Niestety, w moim odczuciu Mustang jest jedynie dłuższą kampanią społeczną przeciwko takim małżeństwom (aranżowanym oraz zawieranym przez nieletnie), która ma uświadomić ten problem w krajach zachodnich. Obraz ratują jedynie zdjęcia pozwalając mu być czymś więcej.

Ocena:3/5

Wydział 13

Wydzial_13

Francuski film noir osadzony w paryskiej rzeczywistości, którą rządzą korupcja i przemoc. Obraz brutalny od samego początku. Głównym bohaterem jest policjant Mat (w tej roli Gérard Depardieu), który walczy z przestępczością za pomocą swoich (zwykle, oczywiście, kontrowersyjnych) metod. I choć Mat nie jest prywatnym detektywem, to nadal wokół niego kręci się wiele kobiet, które przyciąga swoją  prezencją i tajemniczością, a ulice miasta ukazywane są głównie nocą oraz skąpane w deszczu, dodatkowo podkreślając przygnębiającą atmosferę płynącą z ekranu.

Niestety, znając schemat filmów noir, mamy do czynienia z obrazem przewidywalnym niemal aż do bólu. Nic mnie nie zaskoczyło, a  klimat filmu, który był ciężki, zawiesisty i gęsty jak smoła – nużył. Trudno było dotrwać do końca.

Po Wydział 13 możecie sięgnąć jeżeli koniecznie chcecie zobaczyć, jak współczesne kino francuskie (nie)poradziło sobie z gatunkiem oraz jak wypadł Gerard Depardieu w roli twardziela.

Ocena:2,5/5

Pokój

Pokoj

Reżyser Lenny Abrahamson znów w formie, choć w diametralnie innej stylistyce niż w swoim ostatnim filmie – Franku. Pokój przedstawia historię pięcioletniego chłopca, który wraz z mamą żyje w miejscu zwanym przez nich Pokojem. Jack nawet nie ma pojęcia o tym, że poza Pokojem istnieje prawdziwy świat… Mamy tu do czynienia z przejmującym dramatem pokazanym widzowi oczami dziecka. Film wzbudza wiele emocji: ciekawość, strach, niepokój, obrzydzenie, nadzieję, bunt, smutek, złość, radość. Niejednokrotnie mieszają się one ze sobą.

Pokój to przerażająca, ale dobrze napisana historia (co nie dziwi, kiedy zobaczymy, że za scenariuszem stoi Emma Donoghue – uznana kanadyjsko-irlandzka pisarka). Seans nie należy do lekkich i na pewno czułam się po nim zmaltretowana psychicznie, gdyż cały czas miałam świadomość, że takie historie się zdarzają i gdzieś, może nawet niedaleko mnie, istnieje taki pokój. Tym samym jest to film ważny, a do tego bardzo dobrze zrealizowany.

Ponadto film przypomina nam także to, o czym jako dorośli tak często zapominamy: dzieci rozumieją bardzo dużo z tego, co się wokół nich dzieje, a także często, poprzez swoją odkrywczość, są od nas mądrzejsze i niemal od razu orientują się w sytuacji i wiedzą, kiedy dzieje się źle. Pozwalają również spojrzeć na wiele rzeczy na nowo, jeżeli choć na chwilę się zatrzymamy i ich wysłuchamy.

Na oklaski na stojąco zasługują Jacob Tremblay, który wcielił się w pięcioletniego Jacka, a także Brie Larson grająca jego mamę (w pełni zasłużony Oscar oraz Złoty Glob za tę rolę).

Zdecydowanie polecam Wam ten film, jeżeli jeszcze nie mieliście okazji się z nim zapoznać!

Ocena: 4/5

Gang Wiewióra

Gang_Wiewiora

Gang Wiewióra to animacja, po którą sięgnęłam, by przełamać choć na chwilę sezon ciężkich i raczej przygnębiających produkcji. Miało być coś lekkiego i w miarę zabawnego.

Przygodowa bajka rozgrywa się w świecie zwierząt żyjących w parku w wielkim mieście, a jej głównym bohaterem jest Surly (animację oglądałam w oryginalnej wersji językowej). Surly jest indywidualistą, który nie chce dostosować się do reguł ustalanych przez rządzącego w parku Racoona, przez co żyje poza społecznością parku. Na pierwszy rzut oka najważniejszy dla niego jest jego własny interes, przez co posiada tylko jednego wiernego przyjaciela – szczura Buddy’ego. Tymczasem wszystkim zwierzętom parku grozi głód, a zima nadchodzi (tak, tak, dokładnie: „Winter is coming”).

Gang Wiewióra jest w gruncie rzeczy familijną produkcją, jednak jedną z wielu. Nie wyróżnia się niczym specjalnym. Nie pomagają ani odwołania do Gry o Tron czy Angielskiej roboty, ani nawet uwielbiany tak przeze mnie głos Liama Neesona wcielającego się w postać Racoona. A jeżeli weźmiemy pod uwagę scenę, w której „prażone” orzeszki zamieniają się w popcorn(?!) to… jest słabo.

Czy warto zatem oglądać? Jeśli szukacie dobrej rozrywki – możecie sobie darować. Jeżeli szukacie inteligentnej animacji dla swojego dziecka – też. Obecnie można znaleźć tak duży zasób ciekawych, zabawnych i błyskotliwych animacji, że na Gang Wiewióra raczej szkoda tracić czas.

Ocena: 1,5/5

#2 Filmowy tydzień

Po Nowym Roku chwila odpoczynku… i świat wokół mnie znów nabrał tempa. Co za tym idzie, mniej czasu pozostaje na filmowe opowieści, ale dla chcącego nic trudnego. W minionym tygodniu zaserwowałam sobie dwie nowości oraz jeden obraz z tzw. złotego wieku Hollywood.

Joy

Joy

Do trzech razy sztuka… Poprzednie dwa filmy tria David O. Russel (reżyser) + Jennifer Lawrence (pierwszoplanowa aktorka) + Bradley Cooper (aktor) były udane. Mowa oczywiście o licznie nagradzanym Poradniku pozytywnego myślenia (2012) oraz American Hustle (2013). Niestety, tendencja spadkowa została utrzymana i tym razem dostaliśmy film zarówno słaby, jak i… nudny. Nie ma w nim ani wielkiego dramatu, ani komedii, ani nawet zwykłej tytułowej radości (ang. joy). Są za to dziury w fabule, drewniana gra aktorska w niektórych scenach (mimo zaangażowania naprawdę dobrych aktorów) oraz ugrany scenariusz pt. „od zera do milionera”. Jasne, jest to napisana przez życie historia wynalazczyni mopa – Joy Mangano – która w wyniku sukcesu tego wynalazku staje na czele imperium finansowego i zapewne nie powinnam oczekiwać fajerwerków. Od takich produkcji oczekuję jednak porywów serca, może trochę grania na emocjach, w wyniku którego jednak zaczynam sekundować głównemu bohaterowi. Odnośnikiem dobrego filmu, który jest oparty na powyższym schemacie, jest dla mnie W pogoni za szczęściem z 2006 roku z Willem Smithem w roli głównej. W Joy zabrakło tego wszystkiego, co dostałam w tamtym obrazie. Jakimś jednak cudem Jennifer Lawrence za wcielenie się w Joy Mangano po raz trzeci dostała Złotego Globa dla Najlepszej aktorki w komedii lub musicalu, a także została nominowana do Oscara. Mam wrażenie, że jest to spowodowane jedynie siłą rozpędu i przyzwyczajeniem. Występ w Joy na pewno nie był szczytem jej możliwości. Nie dziwi za to brak nagród w innych kategoriach. Konkluzja na koniec? David O. Russel  zdecydowanie stracił formę.

Ocena: 2/5

13 Rue Madeleine

13_rue_madeleine_poster

© 1947 Twentieth Century-Fox Film Corporation

Stary film szpiegowski odwołujący się do działalności amerykańskiego Biura Służb Strategicznych (Office of Strategic Services – OSS) podczas II wojny światowej [w filmie, ze względu na na obiekcje względem scenariusza, jakie wniósł William Donovan – twórca i dyrektor OSS – biuro występuje pod zmienioną nazwą: O77]. 13 Rue Madeleine jest jednym z mniej znanych amerykańskich filmów podejmujących powyższą tematykę. A szkoda, bo można w nim zobaczyć doborową obsadę (m. in. Jamesa Cagneya czy francuską aktorkę Annabellę), sam film został zaś wyreżyserowany przez znakomitego reżysera złotego wieku Hollywood – Henry’ego Hathawaya. I chociaż miejscami aktorstwo wydaje się być bardziej teatralne niż filmowe, to nadal pozostaje poczucie, że mamy do czynienia z klasykiem tamtych czasów. Film polecam przede wszystkim wielbicielom kina szpiegowskiego czy estetyki noir.

Ocena: 3/5

Nienawistna ósemka

Nienawistna_osemka

Siedmiu mężczyzn i ona jedna…, a w tle szalejąca śnieżyca.

Nienawistna ósemka to najnowszy film Quentina Tarantino, który ponownie sięga po western. Mamy tu zatem dzikie ostępy XIX-wiecznej Ameryki oraz klasycznych dla tego gatunku bohaterów: dwóch łowców głów, szeryfa, kata, poganiacza bydła, generała z czasów wojny secesyjnej (walczącego po stronie Konfederacji), opiekuna zajazdu oraz jedyną w tym zestawieniu kobietę – Daisy Domergue – poszukiwana żywa lub martwa (cena: $ 10 000). To tytułowa ósemka. I wszystko w tym filmie byłoby może takie wzorcowe, gdyby za reżyserią i scenariuszem nie stał właśnie Tarantino.

Nienawistna_osemka2

Tak naprawdę, pod płaszczykiem westernu, dostajemy… dekonstrukcję gatunku oraz swego rodzaju rozliczenie z wojną secesyjną (czas akcji Nienawistnej ósemki to kilka lat po tej wojnie, w której większość bohaterów brała czynny udział po stronie Unii bądź Konfederacji). Ponadto akcja filmu rozwija się powoli, często przypominając raczej kryminalną opowieść w stylu Agathy Christie niż wartkie kino czysto rozrywkowe, by pod koniec zaserwować nam kino klasy B w jego czystej postaci. A wszystko to z dużą dawką przemocy oraz (niemal w tym samym czasie) specyficznego humoru Quentina Tarantino.

Osobiście się nie zawiodłam. Po raz kolejny zostałam zaproszona na wysmakowaną intelektualnie ucztę, do tego okraszoną muzyką Ennio Morricone (nominacja do Oscara) oraz pełnokrwistymi kreacjami aktorskimi. Poza tym Nienawistna ósemka to także po trochu powrót do korzeni samego reżysera. Jeżeli zatem, tak jak ja, zakochaliście się swego czasu we Wściekłych psach, to jestem więcej niż pewna, że i najnowsza produkcja Tarantino przypadnie wam do gustu.

Ocena: 4/5