„La La Land”, czyli: co zrobisz, żeby spełnić swoje marzenie?

la_la_land

La La Land swoją premierę w polskich kinach miało 20-go stycznia. 23-go stycznia byłam na nim w kinie. Dlaczego piszę recenzję tak późno? Bo byłam, i nadal jestem, zła na jego twórców, krytyków filmowych i wszystkich tych, którzy obiecali mi niesamowity musical, taki jak za dawnych lat. Zdecydowanie nie to zobaczyłam w kinie.

Na wstępie mogę przyznać jedno: La La Land, w przeciwieństwie do produkcji jemu podobnych powstałych w ostatnim czasie, od samego początku nie krył, że będzie musicalem. Scena otwierająca film postawiła zaś przysłowiową kropkę nad „i”. A zatem, kochani widzowie, bawmy się, tańczmy, śpiewajmy i wzruszajmy wraz z naszymi bohaterami: Sebastianem i Mią. Oto przed Wami musical, który przypomni Wam o co w tym gatunku chodzi! Czy aby jednak na pewno…?

Historia La La Land rozgrywa się w Los Angeles – mieście, do którego z całych Stanów  (i nie tylko) przybywają młodzi ludzie, którzy chcą spełnić swoje marzenia, odnieść sukces i wspiąć się na sam szczyt swojej kariery (tak swoją drogą „La-la-land” to jedno z przezwisk Los Angeles). Dokładnie to pragnienie wyraża piosenka otwierająca film, Another Day of Sun, a przywołująca mi na myśl musical Fame z 1980 roku, stylizacją jednak odwołująca się bardziej do złotej ery musicalu (szczególnie, że cała scena nakręcona była za pomocą jednego ujęcia tak, ja to robiono przed laty, i faktycznie robi to na widzu wrażenie).

Pod koniec tej pierwszej sceny następuje pierwsze zetknięcie się ze sobą Mii (Emma Stone) i Sebastiana (Ryan Gosling): obydwoje stoją w korku na autostradzie, tyle że w momencie, gdy auta zaczynają ruszać, Mia – starająca się wykorzystać każdą wolną chwilę na przygotowanie się do udziału w kolejnym castingu – nie orientuje się w sytuacji i nadal stoi. Sebastian ją wymija, dając jej jasno do zrozumienia co o tym sądzi. Następnie podążamy za Mią… Od razu w tym miejscu przyznaję, że lubię zabieg, w jaki poznajemy głównych bohaterów. Widzimy ten sam dzień, dokładnie od tego momentu (ich pierwszego „spotkania”) najpierw z perspektywy Mii, a następnie Sebastiana. Niestety, bardzo słabym punktem tej części filmu jest wprowadzenie bohaterów, którzy już nigdy później na ekranie się nie pojawią, jak przyjaciółki Mii (ok, pojawią się na sekundę (!) w scenie pisania sztuki przez Mię oraz po jej premierze) czy siostra Sebastiana. Postacie te zjawiają się jedynie na potrzeby dwóch scen: siostra – by przybliżyć nam sylwetkę Sebastiana, przyjaciółki – by mógł zaistnieć kolejny numer muzyczny Someone in the Crowd. Szczerze? Kiepski zabieg.

Po części zapoznawczej pomiędzy Mią a Sebastianem następuje etap w stylu „ząb za ząb”, by  płynnie przejść do kolejnego rozdziału: „kto się czubi, ten się lubi”. I wydaje się, że bajka gotowa, szczególnie że w filmie następują kolejne numery muzyczne nawiązujące do klasyki: A Lovely Night czy Planetarium.

W połowie filmu nieoczekiwanie następuje ostre cięcie w wątku pt. „My”. Związek Mii i Sebastiana powoli zaczyna się rozpadać. Obydwoje, dążąc osobno do sukcesu, zaczynają rozmijać się w codziennym życiu. Żadne z nich nie jest oparciem dla drugiej strony. Kulminacja następuje, gdy Sebastian zamiast premiery monodramu Mii wybiera sesję zdjęciową zespołu, w którym gra. Ostatecznie jednak to właśnie zerwanie pozwala im ponownie odżyć i podążyć z nową energią za, wydawałoby się już utraconymi, marzeniami. Nie ma tu dramatu. Jest podjęcie w pełni racjonalnej decyzji: każde z nas musi skupić się na sobie i swoim celu, a dalej to już się zobaczy.

Film kończy ponowne spotkanie Mii i Sebastiana po pięciu latach od rozstania. I tu muszę przyznać, że ostatnia scena ukazująca „co by było, gdyby…” wgniotła mnie w fotel. Jest świetna! Niestety, te ostatnie 7-8 minut nie wystarczyły, by La La Land Damiena Chazella oczarował mnie i bym mogła uznać je za arcydzieło.

W moim odczuciu, pomimo (a może właśnie dlatego…?) że uwielbiam musicale i jest to mój ukochany gatunek filmowy, La La Land okazał się przeciętnym filmem z paroma  dobrymi scenami. Jeżeli bowiem zastanowimy się choć trochę, to czy ten obraz jest faktycznie kamieniem milowym w gatunku? Czy też po prostu miał szczęście i trafił na właściwy sobie czas? Niezależnie od mojej subiektywnej oceny La La Land już zapisało się w historii kinematografii zdobywając rekordową liczbę nagród i nominacji: 7 Złotych Globów (wcześniej rekord należał do Lotu nad kukułczym gniazdem oraz Midnight Express, które zdobyły po 6 statuetek) oraz 14 nominacji do Oscara (do tej pory tyle nominacji zdobyły tylko dwa tytuły: Titanic oraz Wszystko o Ewie; tegoroczna gala rozdania nagród już za chwilę: w nocy z 26 na 27 lutego naszego czasu).

la_la_land1

O co zatem chodzi w moim oburzeniu z pierwszego akapitu? Otóż Chazelle, owszem, pod paroma względami zrealizował klasyczny musical, ale pod innymi zupełnie zerwał z jego założeniami. Po pierwsze, do połowy filmu wszystko idzie zgodnie z zasadami gatunku: sceny muzyczne „wyrastają” nagle, a chłopak zdobywa dziewczynę. Jednak w drugiej połowie numery muzyczne dzieją się już na scenie przed publicznością i mają pełne uzasadnienie fabularne, co bardziej przypomina już film muzyczny, a nie musical. Po drugie: zakończenie. Ostatecznie nasz bohater nie zdobywa dziewczyny, ale wiemy, że narodziła się nowa gwiazda kina (w myśl „a star is born”), a sukces został osiągnięty zarówno przez Mię, jak i Sebastiana. A zatem ostatecznie otrzymujemy film o współczesnych ludziach żyjących w mieście snów, marzeń dążących do ich spełnienia z domieszką nostalgii za czymś, co już minęło i nie wróci. Może to w tym tkwi siła tego obrazu…? Jednak zabrakło mi w tym wszystkim jakiejś głębi i prawdziwych uczuć między bohaterami. Ostatecznie miałam wrażenie, że wszystko jest tu dokładnie przemyślane, zaplanowane i tak bardzo racjonalne. A czy tak faktycznie postępują prawdziwi marzyciele…?

I na zakończenie apel: oglądając La La Land pamiętajcie, że tak naprawdę już od 45 lat musical pokazuje widzom, że może opowiadać o poważnych sprawach i nie musi kończyć się happy endem.  Nie zapominajcie o Kabarecie Boba Fossa, New York, New York Martina Scorsese, Hair Miloša Formana, Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera, Moulin Rouge Baza Luhrmana czy nawet naszych polskich, aktualnie całkiem świetnie sobie poczynających w Stanach Córkach dancingu Agnieszki Smoczyńskiej. Żeby mógł powstać La La Land wpierw Damiene Chazelle musiał zapoznać się z całym dorobkiem musicalu, co niewątpliwie uczynił, w przeciwieństwie do wielu krytyków tak bezkrytycznie chwalących jego produkcję.

Ocena: 3,5/5

PS. Jeżeli chcecie zobaczyć czy udało Wam się wychwycić wszystkie odniesienia do innych musicali, które pojawiają się w La La Land, to zobaczcie poniższe zestawienie:

#4 Filmowy tydzień: „Kopciuszek”; „Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak”; „Shirley – wizje rzeczywistości”

Kopciuszek

Kopciuszek

Nowa wersja klasycznej bajki została wyreżyserowana przez brytyjskiego reżysera – Kennetha Branagha. Tak się złożyło, że dość dobrze znam dokonania tego reżysera. Swego czasu zasłynął on nowatorskim podejściem do sztuk szekspirowskich (np. Wiele hałasu o nic czy moje ulubione Stracone zachody miłości), stoi również za reżyserią Thora. O dziwo, ten teatralny i szekspirowski rys wyczułam w Kopciuszku od pierwszych scen filmu, ale nie wiedziałam jeszcze wtedy z czego on wynika. Dopiero po seansie, gdy zobaczyłam imię i nazwisko reżysera, wszystko stało się dla mnie jasne. W czasie oglądania byłam jedynie zdziwiona…

W moim odczuciu teatralna maniera w disneyowskim świecie się nie sprawdza. Przez to obraz jest podwójnie sztuczny. W filmie zabrakło mi również jakiejś świeżości, której można by jednak oczekiwać po Branaghu. Ponadto najwyrazistsze postacie to nie te pierwszoplanowe (które są po prostu poprawne), a drugoplanowe, w które wcielili się znakomici aktorzy: Cate Blanchett, Helen Bonham Carter czy Stellan Skarsgard. To oni utrzymywali moją uwagę przez większą część filmu. Z pewnością powinnam także wziąć pod uwagę, że mam do czynienia z produkcją stricte familijną, powstałą głównie z myślą o dzieciach. Jako taką można ją spokojnie puścić w czasie niedzielnego obiadu.

I żeby nie było, że tylko nuda wiała z ekranu: polecam wypatrywać na ekranie kota Lucyfera oraz wszędobylską gęś. 🙂

Ocena: 2,5/5

Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak

Dziewczyna_i_chlopak

Flipped okazał się filmem, który nie przetrwał mojej próby czasu. Oglądany po raz pierwszy, kilka lat temu, z jakiegoś powodu mi się podobał (jak wielu innym widzom). Niestety, gdy teraz go sobie odświeżyłam, to okazał się nudny oraz wyjątkowo naiwny.

Pomysł podwójnej narracji jest super. Tę samą historię, która dzieje się na przestrzeni paru lat, poznajemy raz z perspektywy chłopaka – Bryce’a Loskiego, a raz z perspektywy dziewczyny – Julii Baker. Opowieść wypełnia koleje losu ich znajomości. Czasem jest zabawnie, czasem smutnie, czasem poważnie. Lecz tak naprawdę przez cały film nic się nie dzieje, a wątki, które mogą widza zaciekawić (np. dlaczego Julia tak bardzo przypomina babcię Bryce’a czy jakie niespełnione marzenia chowa w sobie jego ojciec) pozostają nierozwinięte. Podejrzewam, że swoją oceną tego filmu narażę się wielu osobom, które uważają ten film za romantyczny, uroczy, przedstawiający kwintesencję dorastania oraz pokazania w lekki sposób problemów wieku nastoletniego. Mi jakoś jednak trudno uwierzyć w tę historię. Może to przez większy cynizm, który zyskujemy wraz z wiekiem…? A może Flipped to po prostu ckliwy, ale nic nie wnoszący za sobą obraz?

Swoją drogą, gdzieś wyczytałam, że film powstał na podstawie książki Wendelin Van Draanen o tym samym tytule, której akcja dzieje się w 2000 roku. Ciekawa jestem z jakiego powodu film został osadzony na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku? Może to było niepotrzebną zmianą…?

Ocena:2/5

Shirley – wizje rzeczywistości

Shirley

Na tegorocznym sylwestrze w poznańskim kinie Muza udało nam się zdobyć pakiet filmów z serii wydanej przez Festiwal Nowe Horyzonty. Są to pozycje raczej niełatwe, z pewnością jednak intrygujące. Do takich niewątpliwie zaliczę pierwszy z obejrzanych przeze mnie filmów: Shirley – wizje rzeczywistości. Film Gustava Deutscha należy do nurtu kina artystycznego. Dostajemy obraz jednostajny, rozgrywający się w zamkniętych przestrzeniach ściśle odwzorowujących obrazy amerykańskiego malarza – Edwarda Hoppera. Rok powstania danego obrazu pokrywa się idealnie z rzeczywistością widzianą przez nas na ekranie. Obraz, poprzedzony krótkimi wiadomościami na temat aktualnych wydarzeń ze świata (kroniki amerykańskie) – ożywa. W ten sposób stajemy się świadkami małego wycinka z dnia Shirley (amerykańskiej aktorki teatralnej). Zawsze jest to 28 sierpnia, zmienia się natomiast rok. Całość rozgrywa się od 1931 do 1965 roku.

Shirley – wizje rzeczywistości był dla mnie filmem hipnotyzującym. Początkowo atakowana przez kilka informacji naraz wyciszałam się, gdy zaczynałam widzieć na ekranie stonowany obraz oraz słyszeć myśli Shirley. Starałam się przy tym powiązać to, co usłyszałam przed chwilą z tym, co widziałam i słyszałam z perspektywy bohaterki. Osobistym przemyśleniom Shirley, które dotyczą głównie jej życia osobistego oraz zawodowego, towarzyszą również teksty literackie czy filozoficzne, fragmenty starych filmów, a nawet wycinek ze słynnej mowy Martina Luther Kinga.

Obraz Deutsha jest ciekawy artystycznie. Znawców malarstwa Edwarda Hoppera zachwyci z pewnością perfekcja, z jaką odwzorowano poszczególne obrazy. Niestety, fabułę filmu stanowi historia jednostki w określonych i jednocześnie bardzo okrojonych ramach czasowych, i choć z jednej strony jest to podróż ciekawa, to z drugiej nie dla wszystkich. Jestem pewna, że część osób wyłączy ten film po 15 minutach po prostu ze znudzenia. Polecam go zatem przede wszystkim tym, którzy cenią sobie eksperymenty audiowizualne bądź w niebanalny sposób chcą się zapoznać z wycinkiem z historii Stanów Zjednoczonych.

Ocena:3/5

#3 Filmowy tydzień

Filmy, o których poniżej napiszę, obejrzałam tak naprawdę w ciągu ostatniego miesiąca. Dużo się działo wokół: a to jakieś odwiedziny, a to wyjazd, a to jakieś urodziny. 😉 W efekcie: mało czasu na filmowe przyjemności. Jednakże, ponieważ filmów uzbierało się wyjątkowo mało, i można je spokojnie obejrzeć w jeden tydzień, to nagłówek zostaje, a odliczanie trwa dalej.

Uznajcie mnie za winnego

Uznajcie_mnie_za_winnego

Produkcję tę obejrzałam z ciekawości. Jest to przedostatni film wyreżyserowany przez cenionego reżysera, Sidneya Lumeta (Dwunastu gniewnych ludziSerpicoSieć), a w roli głównej występuje… Vin Diesel. Dramat sądowy z komediowym zacięciem miał uprzyjemnić samotny wieczór.

Film zdaje relację z trwającego kilka lat procesu wymierzonego w mafijny światek New Jersey pod koniec lat 80. poprzedniego wieku. W ramach napisów początkowych dostajemy informację o tym, że większość sądowych dialogów jest zeznaniami, które faktycznie miały miejsce. Głównym bohaterem (granym przez Diesela) jest gangster Giacomo „Jackie” DiNorscio, który, ze względu na nieudolność swojego adwokata, postanawia bronić się sam. Jako niedoświadczony i początkujący obrońca popełnia wiele gaf, które (o dziwo) urzekają ławę przysięgłych.

Sięgnęłam po ten film, gdyż chciałam przekonać się, jak gwiazda serii Szybcy i wściekli poradzi sobie w filmie dramatycznym, zdecydowanie nastawionym na dialogi aniżeli na akcję. Niestety, wyszło sztywno i nudno. Nie jest to chyba nawet za bardzo wina aktora, który stara się ze swojej postaci wykrzesać co nieco energii, a mało błyskotliwego scenariusza. Uznajcie mnie za winnego miało być filmem wciągającym, zabawnym oraz zaskakującym, a okazało się być rozwlekłym i usypiającym. Przestrzegam przed nim nie tylko fanów Vin Diesela, co także Petera Dinklage’a (który występuje tu w drugoplanowej roli jednego z adwokatów), którzy mogą się natknąć na ten film przeglądając filmografie aktorów.

Ocena:2/5

Deadpool

Deadpool

Walentynki? Wiadomo – w kinie! Ale żeby od razu na komedii romantycznej…? Nie, to nie w naszym stylu. W tym roku trafiła się jednak produkcja idealna na to, by wieczór 14-go lutego spędzić w sali kinowej.

Od razu na wstępie zaznaczam, że nie jestem fanką Deadpoola, nie przeczytałam ani jednego komiksu z jego udziałem, a superbohaterów jakiegokolwiek uniwersum (w tym wypadku Marvela i X-Menów) poznałam i poznaję jedynie poprzez filmy i seriale [proszę, nie bijcie…]. Traktuję je jako produkcje czysto rozrywkowe, pozwalające oderwać się choć na trochę od otaczającej mnie rzeczywistości. Tak też miało być i tym razem, choć dowiadując się co nieco od znajomych o Deadpoolu, żywiłam pewne obawy, że się nie polubimy. Na szczęście okazały się one bezzasadne. 🙂

Deadpool wprowadza nas w świat Wada Wilsona (w tej roli świetnie bawiący się na planie Ryan Reynolds) – byłego żołnierza oddziałów specjalnych – który na skutek eksperymentalnej walki z nieuleczalną chorobą zyskuje nową tożsamość i przekształca się w klasycznego antybohatera, tytułowego Deadpoola. W praktyce zyskuje „jedynie” swój charakterystyczny kostium, nowy przydomek oraz zdolność samouzdrawiania się, bo charakter szalonego najemnika z czarnym poczuciem humoru, który w istocie dba jedynie o swój interes, posiadał już wcześniej.

Nie ma co ukrywać, że najwięcej zabawy dostają fani. Film co i rusz puszcza do nich oko tu i ówdzie (wiem od znajomych :P). Dla takiego sobie zwykłego odbiorcy jak ja Deadpool jest przede wszystkim połączeniem czarnej komedii z filmem akcji, z dodatkiem pewnej dozy fantastyki. Rzadko kiedy produkcja ta zwalnia tempa, żart goni żart, następuje pościg za pościgiem. Jednak kiedy już zdarzy się, że akcja trochę przystopuje, to dzieje się to z powodów… romantycznych. O ironio, Deadpool jest również romansem w stylu Pięknej i Bestii!

Podsumowując: kino rozrywkowe zyskało kolejną dobrą produkcję na ponure wieczory. I nawet jeżeli nie jesteście fanami komiksów czy innych produkcji Marvela, ale za to bawi Was czarny humor, to spokojnie możecie sięgnąć po Deadpoola. Nie rozczarujecie się!

Ocena: 3,5/5

Grease Live!

Grease_Live_poster

Moda na „poprawianie” filmów z lat 70. i 80. trwa w najlepsze i nie ominęła nawet musicali. O ich nowy wygląd oraz brzmienie dba przede wszystkim stacja FOX, która już tej jesieni planuje telewizyjną premierę remake’u The Rocky Horror Picture Show (więcej informacji o planowanej produkcji i jej obsadzie znajdziecie TUTAJ), a ostatniego dnia stycznia właśnie dzięki tej stacji miliony Amerykanów miało okazję obejrzeć musical Grease na żywo w całkiem nowej obsadzie.

Czy coś nas tutaj zaskakuje? Niby niedużo. Zdecydowana większość utrzymana jest w zgodzie ze słynnym powiedzeniem inżyniera Mamonia: najbardziej lubimy piosenki, które już znamy. Twórcy nie silili się na większe eksperymenty muzyczne. Fabuła również pozostaje ta sama, co w oryginale z 1978 roku: Sandy i Danny, po wspólnie spędzonych wakacjach, niespodziewanie spotykają się w szkole Danny’ego. Okazuje się, że w murach szkolnych każde z nich zachowuje się zupełnie inaczej niż poza nimi, przez co przetrwanie ich uczucia stoi pod znakiem zapytania. Wszystko to w otoczeniu rockandrollowych rytmów.

Co zatem się zmieniło? Przede wszystkim obsada: w roli Danny’ego Zuko wystąpił Aaron Tveit – aktor znany przede wszystkim z seriali Plotkara oraz Graceland; rolę Sandy otrzymała Julianne Hough, którą można było zobaczyć już w filmach muzycznych: zagrała w remake’u Footloose z 2011 roku oraz w Rock of Ages (2012); kreacja przywódczyni Pink Ladies – Betty Rizzo – przypadła w udziale Vanessie Hudgens (notabene, nie jest to jedyna była gwiazdka Disneya, która pojawia się na ekranie: podczas licealnego balu na scenie pojawia się także Joe Jonas); rola Frenchy przypadła w udziale wokalistce Carly Rae Jepsen (tej od hitu „Call Me Maybe”). Już po obsadzie możemy się domyślić, że widowisko Grease Live! powstało przede wszystkim z myślą o dzisiejszych dwudziestokilkulatkach.  Mimo to myślę, że i Ci, którzy pamiętają oryginał z Johnem Travoltą i Olivią Newton-John, nie będą rozczarowani. Jakie jeszcze nowości/występy gościnne nas czekają? Show otwiera tytułowe Grease zaśpiewane zza kulis przez brytyjską piosenkarkę Jessie J; Carly Rae Jepsen wykonuje zupełnie nową piosenkę, powstałą na potrzeby musicalu, „All I Need is an Angel”; Joe Jonas wykonuje w zupełnie nowej aranżacji swój wakacyjny hit „Cake by the Ocean”; w jednej ze scen gościnnie występują Boyz II Men.

Grease Live! jest widowiskiem, które ogląda się z przyjemnością, ale bez większych zaskoczeń. Przypomina trochę odnowienie starego samochodu, na który nałożyliśmy nowy lakier, by znów nas olśnił („Greased Lightnin”), ale nadal nie daje się zatrzeć dokładnie jego wcześniejszego wyglądu. A i tak zawsze znajdą się tacy, co będą narzekać i twierdzić, że nie da się konkurować z tym, co było kiedyś.

Ocena: 3/5

PS. A dla wszystkich tych, co chcą porównać na szybko polecam „Summer Nights” w wykonaniu nowym i starym:

500 dni miłości

500_dni_milosci

Sięgnęłam po ten film dla przypomnienia, trochę z sentymentu. Pamiętałam mój zachwyt po tym, kiedy obejrzałam go po raz pierwszy kilka lat temu i zachwyciłam się. Byłam ciekawa, czy to się powtórzy. I na szczęście nie rozczarowałam się!

Genialny soundtrack, słodki Joseph Gordon Levitt w roli głównej oraz towarzysząca mu, pełna uroku i swoistego magnetyzmu, Zooey Deschanel wcielająca się w tytułową Summer (ang. (500) Days of Summer).

Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli tego filmu niech zachętą jedne z pierwszych słów, które padają z ekranu: „To historia o tym, jak chłopak poznaje dziewczynę. Ale powinniście wiedzieć od razu… że nie jest to historia o miłości”. To prawda. Chociaż niby wszystko się kręci wokół tego tematu, i chociaż ten film spodoba się przede wszystkim niepoprawnym romantykom, to jest to przede wszystkim film o tym, jak ważne jest, by uwierzyć w siebie oraz podążać za swoimi marzeniami. Szczerze polecam!

Ocena: 4/5

Saawariya

Saawariya

Od czasu do czasu sięgam po filmy z Bollywood. Nie tylko dlatego, że w dużej mierze są musicalami, ale także dlatego, że niosą ze sobą zupełnie odmienną wrażliwość niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Ponadto ciekawe jest również to, jak teksty naszej kultury są interpretowane przez kino bollywoodzkie. Jest to coś, co nieraz potrafi zaskoczyć…

Tak było i tym razem. Saawariya luźno nawiązuje do opowiadania Fiodora Dostojewskiego pt. Białe noce. Narratorką jest kurtyzana, Gulab, która opowiada nam tragiczną historię miłosnego trójkąta: Raja, Sakiny oraz Imaana. Są momenty, kiedy niby wszystko się zgadza (Sakina mieszka z ledwo widzącą babcią oraz oczekuje na powrót swojego ukochanego – Imaana, który wynajmował u nich pokój i obiecał powrócić do dziewczyny po upływie roku), lecz jest ich jak na lekarstwo. Największym zaskoczeniem nie jest chyba jednak to, że Raj jest opisywany jako gwiazda rocka, a… scenografia. Jest ona wyobrażeniem miasta, które istnieje tylko w wyobraźni Gulab, a składa się nań skrzyżowanie Paryża (wraz z Moulin Rouge) z Nowym Jorkiem czy Londynem z początku XX wieku, plus weneckie kanały i mosty oraz budynki, malunki czy posągi rodem z Baśni z 1001 nocy. A wszystko to w towarzystwie każdego odcieniu niebieskiego, jaki jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Saawariya jest typowym produktem z Bollywood. Opowiada historię zupełnie odrealnioną, opartą w dużej mierze na skrajnych emocjach: ogromna radość nieoczekiwanie przemienia się w ogromny smutek. Niestety, choć niektóre hinduskie filmy kupuję bez mrugnięcia okiem, to tym razem się nie udało. Parę scen mnie rozbawiło, jednak mało co mnie wzruszyło. Tym razem było chyba za sztucznie jak dla europejskiego widza…

Ocena: 2,5/5